ONA:
Jeśli jest się osobą, która podobnie jak ja ma ogromny problem z „wyobrażeniem” sobie tego o czym czyta w książce, powieści, które chociażby w „elementach” bazują na faktycznych rzeczach, z lekką domieszką fikcji, domniemywań i teorii są idealnym rozwiązaniem na tą przypadłość. Dla mnie to w jaki sposób Dan Brown łączy arcyciekawe momenty historyczne, z jakimiś tajemnicami i swoim pomysłem, jest gęsioskórkotwórcze. Dziś „Kod Leonarda Da Vinci” – książka, która do żywego dotknęła uczucia religijne niejednego żarliwego chrześcijanina, ale czy słusznie?
Roberta Langdona poznaliśmy przy okazji poprzedniej powieści – „Anioły i Demony”, o której rozprawiałam wczoraj. Tym razem jego spokojne, uniwersyteckie życie po raz kolejny zostało przerwane – jest potrzebny, pilnie. Wydarzenia, do których za moment wejdzie, wcale nie są takie banalne, oczywiste i proste. Wszystko zaczęło się pewnej nocy w paryskim Luwrze. Kustosz, Jacques Sauniere, został brutalnie zamordowany przez nieznanego sprawcę. Czym staruszek zawinił? Ano skrywał ogromną tajemnicę, której wydanie wywróciłoby cały chrześcijański świat na lewą stronę, o ile byłoby coś jeszcze wywracać. Ale zanim dokonał żywota, bowiem strzał w brzuch nie gwarantuje natychmiastowej śmierci, postanowił przekazać owy sekret dalej. Zrobił to w sposób spektakularny, używając do tego celu swojego konającego ciała, ciągu liter, cyfr, które zakodował. Niewiele osób byłoby w stanie połączyć te wszystkie elementy w jedną całość, ale do tych, którzy potrafią należy właśnie Langdon oraz Sophie Neveu, której tożsamość i powiązanie z kustoszem jeszcze bardziej skomplikują całą sprawę.
Książkę czyta się jednym tchem. Pieprzyć sen, zdrowy rozsądek i świadomość tego, że już prawie świta, od rana czeka na nas ogrom obowiązków, jak mamy ogromną potrzebę połknięcia kolejnego rozdziału. I kolejnego. I jeszcze dwóch następnych. Potem nagle okazuje się, że to światło, które wdarło się do pokoju, wcale nie pochodzi z żarówki, tylko jest wzbijającą się na nieboskłon kulą gazową, której pojawienie się obwieszcza nadejście dnia. Tę książkę można łyknąć w jednym posiedzeniu, a ona sama „nie bierze jeńców”. Czy jest kontrowersyjna? Moim zdaniem nie aż tak, jak zostało to nagłośnione. Wystarczy nieco większa wiedza na temat kościoła, by wiedzieć jak było, jak jest, a jak będzie, to się dopiero okaże…
Ja to kupuję bez reszty. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie Śródziemia, ba – nawet tego co działo się w Harrym Potterze. Ja potrzebuję faktów, konkretów, a Brown mi je daje. Wiem jak wygląda Mona Lisa, Człowiek witruwiański, wiem na czym polega ciąg Fibonacciego i do tego dokładam sobie jedynie marginalną dawkę fikcji. Nie należę do osób, które ślepo wierzą w to, co czytali w książkach Browna, ale mając je w rękach, zatapiając się w tych słowach – na ten moment są dla mnie autentyczne.
Jeśli zaś chodzi o film, stworzony przez Rona Howarda w 2006 roku, to o jego sile i wpływie na mnie świadczy między innymi to, że za każdym razem go przeżywam równie mocno. Jest świetnie zmontowany i świetnie zagrany. Nawet Audrey Tautou mnie nie drażniła, co robi na ogół w praktycznie każdej produkcji. Tom Hanks jest dla mnie gwarancją dobrze zagranej roli, a jako harvardzki profesorek wypada świetnie. Bardzo ciekawą rolę ma w tej produkcji Ian McKellen, który najpierw zaskakuje nas pasją, odkrywając nieco „kod” słynnego artysty, a potem, gdy okazuje się kim jest naprawdę, zaliczamy jeden z większych opadów szczęki. Do tego dodajmy muzykę Hansa Zimmera – ja jestem kupiona.
Obiektywnie – i wierzcie mi, próbuję jak mogę – i książka, i film mają mnóstwo „naciąganych” momentów. Jestem przekonana, że gdyby cała historia dotyczyła innej wiary i byłaby mniej „obnażająco” napisana, dogorywałaby w kątach księgarni i bibliotek. Ja tę historię lubię. I rewelacyjnie czytało mi się wersję wzbogaconą o zdjęcia i ilustracje
ON:
Dziś kolejny dzień z Danem Brownem. Wygląda na to, że mój ostatni, bowiem poza filmowymi adaptacjami, nie miałem zbyt dużej styczności z prozą ukochanego przez Paulinę pisarza. Chyba nawet nie mam czasu i ochoty na zapoznanie się z jego dziełami. Papi lubuje się w takiej prozie, a ja raczej wcale. Z drugiej strony cały czas podsuwam jej pod nos „Fragmenty” i „Wystarczy czekać”, które mogą być świetną alternatywą dla przygód Roberta Langdona. Może kiedyś ją przekonam, biorąc pod uwagę, że to co jej cisnę nie jest żadnym fantasy czy sci-fi.
Dziś będzie o „Kodzie Da Vinci”. Pamiętam, że premiera książki była głośna, Brown bowiem poruszył po raz kolejny temat religijny. Nie byłoby z tym żadnego problemu gdyby nie to, że jego wersja historii o Jezusie z Nazaretu jest tak obrazoburcza, że aż dziw bierze, iż nie stał się on celem ataków fanatycznych bojówek Ojca Dyrektora.
Tym razem znany nam z kart innych jego powieści Robert Langdon zjawia się w Paryżu. Tutaj bowiem ma wykłady z symboliki, a po prelekcji spotyka się z fanami i podpisuje suweniry. W tym miejscu odwiedza go niejaki Bezu Fache, szef lokalnej policji. Prosi on speca od symboli, aby wraz z nim zbadał miejsce morderstwa, które miało miejsce w Luwrze. Ofiarą był Jacques Sauniere, kustosz muzeum. Na miejscu poza zmasakrowanym ciałem, znajdowała się masa mniej lub bardziej zrozumiałych wskazówek. Po raz kolejny u boku detektywa amatora stanie piękna kobieta, tym razem będzie to wnuczka zamordowanego mężczyzny. Ona tak samo jak Langdon lubuje się z zagadkach i symbolach, przez co stanowią idealną parę, przed którą nie ukryje się żadna tajemnica. W pewnym momencie okazuje się, że ofiara należała do niejakiego Zakonu Syjonu, a po piętach Roberta i jego towarzyszki zaczyna deptać niebezpieczny i bardzo fanatyczny Silas.
Z jakiegoś powodu „Kod Da Vinci” podobał mi się bardziej niż „Anioły i Demony”. Pomimo tego, iż historia wspina się na wyżyny absurdu, brak w niej tylko latającego spodka, uczciwego Cygana, wielkiej stopy i karła z Corneloup, to potrafiła ona przyciągnąć przed ekrany kolejnych widzów. Dla mnie poziom absurdów jest za wysoki, ale może się pewnego dnia zdziwię i okaże się, że to wszystko prawda, a kościół katolicki będzie w niezłej dupie. Tak czy inaczej „Kod” ląduje w tym samym worku, co „Anioły i Demony”, czyli można obejrzeć, ale nie trzeba.
