ON:

David Bowie pojawił się w mojej płytotece gdzieś w połowie lat 90-tych, mniej więcej w chwili, gdy zobaczyłem teledysk do „The Hearts Filthy Lesson”. Fantastyczny, psychodeliczny kawałek i jeszcze bardziej pierdolnięty teledysk idealnie wpasowały się w moje ówczesne nastroje. Miałem 15 lat i byłem buntownikiem jakich mało. Album „1.Outside” z którego pochodził powyższy kawałek, był jednym z pierwszych jakie zakupiłem na CD. Bowie miał ogromny wpływ na muzykę, jaką słucham obecnie.

David Robert Jones (Bowie) jest człowiekiem orkiestrą, uważam, że wyprzedał konkurencje o lata. Gdy wszyscy bawili się w rockowie i popowe granie, on wziął pod ramię pana Eno i razem jebnęli “berlińską trylogię“. Była to muzyka elektroniczna w zupełnie innym wydaniu. Na pewno ogromny wpływ na to miała scena klubowa, którą Bowie wielbił, a Eno czerpał z niej garściami. Dzięki temu powstały „LOW”, „Heroes” i „Lodger”. Przy ich nagrywaniu brał udział między innymi Robert Fripp. Te trzy płyty to kosmiczna dawka dźwięków, które zrodziła się z krautrocka. O samej trylogii będzie jeszcze na Marudzeniu. Dziś napiszę o innym albumie, który pojawił się dość niespodziewanie w twórczości Bowiego mianowicie „Young Americans”.

Wszystko zaczęło się podobno podczas amerykańskiej trasy promującej „Rise and fall…”. Bowie zakochał się czarnym, soulowym graniu. Do tej pory bardzo glamrockowy, postanawia zmienić image. Swoją drogą nie pierwszy i nie ostatni raz w swojej karierze. Porzuca buty na koturnach, sukienki i natapirowane włosy i staje się przeciętnym, amerykańskim młodzieniaszkiem. Płyta ukazała się w ’75 roku. Już sama okładka była czymś innym. David z rozwianymi włosami i nieodłącznym papierosem. Zgubił się gdzieś Ziggy i kontrowersyjne zdjęcia piosenkarza z makijażem na twarzy. Czyżby Bowie dorósł?

Płytę nagrywał Tony Visconti, który z Davidem pracował przez wiele następnych lat. Ponieważ ta płyta miała być soulowa, a dokładniej prezentować gatunek zwanym „plastic soul”, artysta postanowił zaprosić do nagrań osoby, które czarną muzykę miały we krwi. Dzięki temu w studio pojawił się Luther Vandross, Andy Newmark i Carlos Alomar. Oczywiście skład był o wiele większy, ale te nazwiska miały zapewnić albumowi odpowiednie brzmienie. Aby było jeszcze bardziej tanecznie, soulowo nie mogło zabraknąć damskich chórków. W twórczości artysty każdy z albumów zawsze wyróżniał się jakąś rzeczą. W przypadku „ Young Americans” to właśnie te tylne wokale i wszechobecny saksofon tworzą cały nastrój. Słuchając płyty z ’75 roku wsiadamy w muzyczny wehikuł czasu i zasiadamy w głębokiej, skórzanej sofie. W jednej ręce trzymamy szklaneczkę whiskey, w drugiej cygaro i wsłuchujemy się w zachrypnięty głos artysty, śpiewającego ze sceny. Gęsty dym kładzie się na posadzce klubu, kelnerki snują się bezszelestnie między stolikami, a z sali od czasu do czasu słychać szepty rozmawiających par. To jedna z płyt, która jest kompletna. Zaczynając od fenomenalnego, tytułowego „Young Americans”, a na przebojowym „Fame” kończąc.

Bowie całą płytę zaśpiewał aksamitnie, nie forsował głosu, bawił się tonacjami, ale była to lekka stylistyka, mająca wpasować się w soul. Wyszło mu to cholernie dobrze. Gdzieś zniknął ten buntownik znany z poprzednich płyt. Nie ma nihilizmu, apokaliptycznych klimatów rodem z Orwella. „Young Americans”, jest ciepłe, wręcz pościelowe. Tego brzmienia David nigdy nie powtórzył, ba nawet się do niego nie zbliżył. Trochę szkoda, bo jest coś magicznego w tym dziele, które pomimo 38 lat nadal brzmi wyjątkowo.

Warto dodać, że kawałek „Fame” nagrany wraz z Lennonem wylądował na pierwszej pozycji Billboard Pop Singles w 75 roku.

A na koniec ciekawostka: