ON:

Kolejny dzień i kolejna płyta, którą warto wrzucić na swoją muzyczną półkę. Odrywamy się jednak od progresywnych klimatów i kierujemy muzyczną łódź na spokojniejsze wody alternatywy, elektroniki i indie. Gdy przepłyniemy morza i oceany, trafimy na południe, do Australii skąd pochodzi Atlas Genius. Trzech braci plus ich jeden kumpel, czyli czwórka chłopa, którzy zaczęli karierę gdzieś koło 2009 roku.

Ich droga do sławy wyglądała jak większość muzycznych historii. Najpierw ten jeden, jedyny kawałek, który miał przetrzeć im muzyczne szlaki. W tym przypadku produkcja i tworzenie było uproszczone, bowiem panowie wywodzą się z muzycznej rodziny. Nie ułatwiło im to przebicia w showbiznesie. Całe szczęście powstał utwór „Trojans”, który stał się przepustką do wielkiego świata i tak zaczęło się kręcić. Nagranie EP-ki było kolejnym etapem, ale dopiero wydanie w 2013 roku pełnego albumu „When It Was Now”, zakończyło drogę do sławy.

Co urzekło mnie w „When It Was Now”? Myślę, że pomieszanie stylów, a jednocześnie utrzymanie płyty w jednej, spójnej tonacji. Poza tym panowie fenomenalnie bawią się aranżacjami i nawiązaniami do muzyki, na której się wychowali. Nie ma tu jednak kopiowania i plagiatów. Tu jest własny, wyjątkowy styl, a ich indie jest bardziej elektroniczne, mniej gitarowe, słychać w nim naleciałości z The Police, Death Cab for Cutie oraz Becka. Poza tym to krążek wpadających w ucho hiciorów. Od pierwszego „Electric” do jedenastego „Symptomus” mamy cały czas skoczną, taneczną wręcz płytę, której nie powstydziłby się nie jeden „klubowy zespół”. Wszystko dzięki dobrej sekcji rytmicznej i wspomnianym wcześniej klawiszom. Elektronika zresztą to swoista wizytówka Atlas Genius. Trochę jak w przypadku Neon Indian, to brudne dźwięki przynoszące na myśl lata 80-te i 90-te. Gdzieś w tych nutach odnajdziemy zadymione kluby pełne piękności z utapirowanymi włosami w obcisłych getrach i facetów w marynarkach z podwiniętymi rękawami, w mokasynach założonych na gołe stopy. Trochę tu tęsknoty za Miami Vice i muzyką puszczaną z kaseciaków, a tworzoną na domowych syntezatorach. Wsłuchując się w te rytmy cofamy się w czasie, wybieramy się w podróż, jaka zafundował nam Kavinsky. Jest ona jednak schludniejsza, czystsza, wygładzono z niej brudne brzmienia, ale nadal pozostaje w nich idealna dawka van halenowskiego sampla z “Jump”. Właśnie taka muzyka pozostaje na długo w mojej głowie.

Debiutancki album Atlas Genius nie jest arcydziełem, brak mu trochę do najwyższej półki, ale widać ogrom pracy, jaki włożono w jego przygotowanie. Poza tym, musi coś w nim być, gdyż kolejny dzień gości na mojej playliście. Myślę, że jeśli macie ochotę na odrobinę nostalgii, to jest to krążek idealny dla was. Nie jest zobowiązujący. Pozwala się zrelaksować i nie wymaga od nas skupienia, ale ostrzegam – potrafi uzależnić.