ON:
Kilka dni temu znajomy z Xbox Live zagadał mnie, czy przypadkiem nie zechciałbym zagrać z nim w co-opie, w „Dead Rising 2: Case West”. Ten dodatkowy epizod pojawił się na rynku Live jakieś 4 lata temu, na chwilę po premierze „Dead Rising 2”. Starczająca na 3-4 godziny gierka jest dodatkiem „stand alone”, czyli nie potrzebujemy do niej podstawowej wersji DR2. Za całość znów odpowiada Capcom, co powoduje, że nie musimy obawiać się ogromnych zmian względem rozrywki.
Poprzedni epizod, czyli „Case Zero”, dział się w niewielkim miasteczku, w którym przyszło nam ostro namieszać w wyrżnąć dość porządną ilość zombie. Tym razem lądujemy w kompleksie naukowym, w którym przeprowadzane są badania nad zombiakami. Wiadomo, że zawsze, niezależnie do tego, jak bardzo przestrzegamy zasad i protokołu bezpieczeństwa, krwiożercza hałastra rozlezie się po włościach. Podobnie jest i w tym przypadku – w związku z tym w kompleksie natkniemy się także na uzbrojonych ochroniarzy. Sama historia ma wiązać wcześniejsze wątki i rzucać trochę światła na wydarzenia z „Dead Rising 2” i „Dead Rising 2: Case Zero”. Nie jest to nic wymyślnego i raczej nie zaskakuje – po prostu historyjka mająca usprawiedliwić bezpretensjonalną wyrzynkę.
Co daje nam „Case West”? Trzy króciutkie epizody składające się z kilku misji każdy. Jak zwykle goni nas czas, a my musimy zrobić wymagane przez twórców zadanie. Przeważnie jest to zdobycie jakiejś rzeczy lub włączenie przełącznika itd. Nie ma tutaj kompromisów. Na naszej drodze stoi masa zombie, a najlepszym rozwiązaniem na plagę jest po prostu wyrzynka. Na pomoc w rozwałce przychodzą nam wszystkie możliwe przedmioty, jakie uda nam się znaleźć. Naprawdę każdy element otoczenia może posłużyć za śmiertelne narzędzie. Zaczynając od cegły, przez klawiaturę komputera, karabiny, granaty, miecze samurajskie, a na karabinie laserowym kończąc. Biegamy więc sobie po kompleksie, wykonujemy zadania główne i poboczne, zbieramy sprzęt, niszczymy kamery, zabijamy zombie i żołnierzy, a na koniec mamy pokonać największego niemilca. Aby nie było nam nudno – w kilku miejscach na planszy możemy spokojnie poskładać znalezione przedmioty i w ten sposób tworzyć nowe bronie. Dużo możemy kombinować metodą prób i błędów, ale czasem warto poczekać, bowiem wraz wykonywanymi misjami i wzrastającym poziomem możemy odblokować karty przedmiotów. To schematy pokazujące jak tworzyć unikalne bronie. Niektóre z nich są zabójcze, inne zaś są po prostu do zapchania miejsca.
Graficznie mamy do czynienia z tym, co widzieliśmy w „Dead Rising 2”, czyli nie możemy narzekać. Mimo upływu czasu – gra nadal wygląda ładnie. Nie jest to najwyższy poziom i daleko produkcji Capcomu do dzisiejszych tworów, ale nie przeszkadza to w rozgrywce i dobrej zabawie.
Grę można kupić na rynku Live, kosztuje grosze i jeśli, ktoś uwielbia aczki, to tym bardziej warto, bowiem calaka można zrobić w 4 godzinki, a poza tym to przyjemna wyrzyna.
