ON:
Gdy po raz pierwszy odpaliłem „UFO: Enemy Unknown”, nie spodziewałem się, że przez wiele lat marka ta rozrośnie się i ewoluuje. Ale czego oczekiwać o produkcji tak dobrej, kompletnej i wyjątkowej? Do dziś przypominam sobie chwile, gdy mój team, który na początku gry dostawał ciężkie baty, po kilku miesiącach wyposażony w „Blaster Launchery”, robił sito z baz obcych. Minęły lata, pojawiło się „X-COM Terror from the Deep”, a jakiś czas temu genialny remake pierwszego ufo, wydane przez 2K. Nie trzeba było długo czekać, by pojawiła się pierwsza gra z serii będąca shooterem, a nie jak jej poprzedniczki – strategią. Zapraszam do zwiedzenia „BIURA”.
Wszelkie newsy na temat tejże produkcji jakoś mnie nie porywały, nie czytałem ich z zapartym tchem, po prostu nie było tutaj nic, co mogło mnie zainteresować. Stworzenie gry bazującej na marce X-COM, która nie była strategią, wydawało mi się zbezczeszczeniem świętości. Pewnie do dziś żyłbym w błędzie, całe szczęście stało się inaczej i zaciągnąłem się do walki z najeźdźcą.
„The Bureau: XCOM Declassified”, bo tak brzmi pełny tytuł tejże odsłony, okazał się bowiem jednym z lepszych shooterów taktycznych, w jakie ostatnio grałem. Wystarczy tylko, że powiem, iż mamy do czynienia z tytułem zawierającym elementy „The X-files”, „Mass Effect” i „Gears of War”, a opowiadana historia dzieje się w latach 60-tych. Od początku czuć klimat tamtych czasów. Gdzieś w tle zacierają się już wydarzenia z Roswell, to było przecież prawie 20 lat wcześniej, ale pomimo tego w USA powstają specjalne komórki do walki z potencjalnym najeźdźcą z kosmosu. W tym miejscu poznajemy głównego bohatera tejże opowieści – agenta Cartera.
To facet po przejściach, który ma dostarczyć tajemniczą walizkę do szefa komórki X-COM. Niestety, zawartość nesesera jest pożądana nie tylko przez ludzi, ale i przez rasę, która nie pochodzi z naszego świata. Tak oto zaczyna się opowieść, która nie jest może wyjątkowo innowacyjna, ale nie możemy zaliczyć jej do tych najgorszych. Będzie tutaj wszystko, co znane jest nam z różnych innych gier i filmów. Znajdzie się miejsce na bohaterskie czyny, zdradę oraz akty desperacji.
Jednak to nie scenariusz i nie sama rozgrywka są najmocniejszym punktem tejże produkcji. Wygrywa klimat, który powstał dzięki umiejscowieniu gry w latach 60-tych. Agenci pomykają na pole bitwy w dobrze skrojonych koszulach, kamizelkach i fedorach. Z czasem uzbrajają się w toporne wynalazki, osiągnięcia ówczesnej techniki, zmieszanej z artefaktami obcych. Nasi współtowarzysze, agenci różnych specjalizacji, wraz z nami idą w bój, tę dwójkę starannie dobieramy przed misją. W podziemnej bazie X-COM możemy uzbroić ich w odpowiednie zabawki, wysłać samotnie na misje poboczne lub po prostu poćwiczyć z nimi na strzelnicy. Sama baza także daje nam trochę ciekawych możliwości, ale przede wszystkim to miejsce ciągnące wątek główny oraz kilka pobocznych, które w mniejszy lub większy wpływają na historię naszego bohatera oraz jego kolegów. Wielkim plusem jest także kolorystyka, jaką zaserwowali nam twórcy, pasuje ona idealnie do klimatu i naprawdę przynosi na myśl ówczesną Amerykę.
„The Bureau: XCOM Declassified” mogę napisać dużo, bo jestem oczarowany tym tytułem. Wiem, że zarzuca mu się liniowość i niedopracowanie oraz płytką historię, ale cała otoczka, która pozostaje, powoduje, że jest tu coś, co każe nam odpalić grę na jeszcze jedną misję. A wiecie dobrze, że ten syndrom, to najgorsza choroba. Dla mnie wielki i niedoceniony tytuł.

