ONA:
Nie wiem dlaczego utarło się, że film „Niezłomny” to debiut reżyserski Angeliny Jolie. Tymczasem guzik – żona Brada Pitta ma za na swoim koncie łącznie 3 dzieła, a na ten rok planuje kolejne. Okej, to nadal dość mizerny dorobek, ale już sam fakt, że znalazła ona w sobie tyle odwagi i kreatywności, by stanąć za kamerą – budzi mój podziw. Niestety, tak to na ogół z aktorami, którzy biorą się za reżyserię bywa, że te ich filmy przyciągają przede wszystkim z ich powodu. Fani chcą zobaczyć efekt ich pracy, a sceptycy – mieć pole do popisu. Dla mnie Jolie jest jedną z bardziej charakternych i sensownie sterujących swoją karierą kobiet w świecie filmowym. Abstrahując od jej urody i doświadczeń filmowych – ona mi podoba się również pod względem tego jak wykorzystuje swoją pozycję, by pomagać innym. Jest inspiracją i synonimem odwagi. Ponoć to, co dzieje się za murami domu rodziny Jolie-Pitt często przypomina kataklizm, co potwierdzają kolejne nianie i George Clooney, ale to ich wybór. Dla mnie Angelina to kobieta tych czasów. Odważna, z wykształconym kręgosłupem moralnym, która wiele w życiu przeszła, wiele spróbowała i teraz może wybierać drogi, którymi będzie szła. Uwielbiam ją za kilka kreacji, ale odkąd zobaczyłam ją w „Maleficent”, słysząc jej nazwisko – widzę ją właśnie w tej roli. I co się okazuje – siedząc na reżyserskim fotelu również dała radę. Nie absolutnie, bo Eastwood z niej żaden, ale coś tam pokazała.
Filmy krążące wokół II wojny światowej są tematem, który zdaje się nie wyczerpać nigdy. Już nie wspominając o naszej kinematografii, która uwielbia ten okres historii – okazuje się, że i w Fabryce Snów ów motyw ciągle jest na topie. Tylko oni robią filmy wojenne zupełnie inaczej niż my. Fabuła fabułą, ale tam liczy się przede wszystkim pierdolnięcie. My skupiamy się na emocjach, na przeżywaniu, na katowaniu się i na kolejnym rozdrapywaniu ran, które chyba nigdy nie będą mogły się zagoić. Jolie wybrała historię niezbyt oklepaną, ale znaną, którą przedstawiła na swój sposób – taki trochę „europejski”. Mamy tu historię włoskiego emigranta, Louisa Zamperiniego, który był w dzieciństwie takim typowym wrzodem na tyłku. Ściągał na siebie mnóstwo kłopotów, aż w końcu jego brat zaraził go sportem. Biegami konkretnie. Louis szybko piął się na szczyt, gdzie czekały na niego Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Co prawda nie wygrał, ale zasłynął z nierealnego wręcz finiszu, podczas którego nadrobił prawie 50 metrów. Ponoć sam Hitler był zachwycony tym osiągnięciem… Ale jego karierę sportową boleśnie przerwała wojna – Zamperini zgłosił się do marynarki lotnictwa. I wtedy wydarzyła się tragedia. Jego samolot wraz z całą załogą rozbił się o taflę Oceanu Spokojnego, a on dryfował przez 47 dni, aż wpadł w ręce Japończyków. Życie w niewoli japońskiej było ciężkie, ale on nie poddał się. I właśnie film Jolie, oparty na scenariuszu braci Coenów, opowiada o tych latach. Krótkie retrospekcje z dzieciństwa wprowadzają nas w opowieść, by potem przenieść się do obozu jeńców…
Cokolwiek by nie mówić na temat reżyserskich umiejętności Angeliny, niewątpliwy plus należy się jej za sam wybór historii, bo jest ona po prostu genialna. Porzekadło mówi, że najlepsze scenariusze pisze samo życie i to dzieło jest dowodem na to. A ta fabuła jest naprawdę świetna. Mnóstwo w niej emocji i poruszeń, mnóstwo mądrych słów, a najwięcej mamy tu walki o samego siebie.
Mi się to dzieło podobało. Oglądałam go z pełnym zainteresowaniem, chociaż miał kilka zbyt długich momentów, jak np. sceny dryfowania na Oceanie, ale z drugiej strony – to mogło nam pokazać namiastkę tych 47 dni. No i nie do końca podobało mi się początkowe skakanie po momentach z życia bohatera, bo po prostu tych momentów było zbyt dużo. Trochę za dużo znalazło się tu patosu, trochę za bardzo ta opowieść była poszatkowana. Jest ona szalenie „czarno-biała”: ci są dobrzy, ci – źli i tyle. Niemniej warto zobaczyć tę produkcję, bo opowiada o wyjątkowej osobie, która walczyła o siebie i swoje przetrwanie.
ON:
Do obejrzenia „Niezłomnego” zabieraliśmy się kilka razy, głównie dlatego, że ciężko było nam się wybrać seans. To godzina nam nie pasowała, to dzień się rozjechał i tak cały czas. W końcu spięliśmy poślady i ruszyliśmy w stronę cywilizacji, gdzie spokojnie na wielkim ekranie mogliśmy oddać się chwili relaksu.
Pierwsze, na co warto zwrócić uwagę, to to, że film ten został wyreżyserowany przez Angelinę Jolie, która nie ma zbyt dużego dorobku reżyserskiego, a za scenariusz odpowiadają między innymi wielokrotnie doceniani prze kinomanów i branżę bracia Coen. Wraz z dwójką innych scenarzystów tworzą biograficzną opowieść o życiu Luisa Zamperini, biegacza olimpijskiego i żołnierza amerykańskiej armii.
Młody Zamperini był niereformowalnym urwisem. Kradł, pił, palił papierosy przez co stał się ogromnym utrapieniem swoich rodziców. Prawdopodobnie dostałby się do poprawczaka, a pewnego dnia znaleziono by go leżącego w kałuży krwi w jakiejś ciemnej ulicy. Bardzo wcześnie wkroczył na drogę do własnego zatracania. Całe szczęście jest jeszcze starszy brat Pete. To on wziął Louisa za fraki i pokazał mu, że człowiek sam jest kowalem swojego losu. W ten oto sposób łobuz dostał się do lokalnej drużyny biegaczy. Samozaparcie, treningi i upór doprowadziły do tego, że nie miał on równych sobie podczas wyścigów. Mijały miesiące, a później lata, dzięki ciężkiej pracy Louis zakwalifikował się do udziału w olimpiadzie. Spełniając swoje marzenie wziął udział w igrzyskach odbywających się w Berlinie w 1936 roku.
Wszystkie powyższe informacje dostajemy w formie retrospekcji, która przeplata się z opowieścią z pola bitwy. Podczas wojny Zamperini jest bombardierem i wraz z załogą biorą udział w misjach na Pacyfiku. Niestety, misja ratunkowa, na którą polecieli połatanym gruchotem, zakończyła się dla załogi tragicznie. Samolot woduje, a uderzenie z taflą oceany przeżywa tylko trzech żołnierzy w tym Louis. Zaczyna się ponad 40 dniowa walka o przetrwanie, która kończy się śmiercią jednego z nich, a później niewolą w japońskim obozie jenieckim. To w tym miejscu zaczyna się druga część koszmaru. Wszystko z powodu sadystycznego oficera Mutsushiro Watanabe. To jeden z tych psychopatów, którzy swoje kompleksy leczą na cierpieniu innych osób. Zaczyna się rozgrywka pomiędzy Zamperinim a Mutsushiro.
Film Angeliny Jolie jest najlepszym przykładem na to, że najlepsze scenariusze pisze samo życie. Z drugiej strony dzieło to nie rzuca na kolana. Potrafi wzruszyć, wzbudzić emocje, ale czegoś w nim brak. Angelina nie osiągnęła pewnego poziomu i trochę tego szkoda. Po seansie wychodzimy z kina z lekkim niedosytem, chcielibyśmy jeszcze, ale więcej już nic nie ma. To opowieść o uporze, walce, przekraczaniu barier tylko, że to już było grane wielokrotnie i to na dużo lepszą skalę.
Pomimo to „Niezłomnego” warto zobaczyć.
