ON:
Bajka od Disney’a na podstawie komiksu Marvela i oddająca ukłon japońskim twórcom anime? Dlaczego nie! To może się udać. W ten sposób na ekrany kin trafia „Big Hero 6”, animacja, która potrafi zachwycić, rozbawić, ale i wzruszyć. Zaczynamy.
Wyobraźcie sobie przyszłość. Nie tą najbliższą, ale też nie taką daleką. Tą, która czeka za rogiem, pełną odkryć i nowoczesnych technologii, które zaczną nam towarzyszyć. W tym świecie mieszka Hiro Hamada. Hiro jest niesfornym nastolatkiem, którego synapsy pracują dużo szybciej niż u jego rówieśników, przez co można uznać go za małego geniusza. Chłopak lubi roboty i nawet ma swojego, którego wystawia w nielegalnych walkach. Aniołem stróżem tego rozrabiaki jest jego brat – Tadashi. To prawie dorosły mężczyzna, który poświęcił swoje życie nauce. Uczy się w wyjątkowej szkole, w której osoby takie jak Hiro stają się wizjonerami i twórcami niesamowitych rzeczy. Tadashi przekonuje brata, by ten spróbował dostać się na uczelnię. Aby to zrobić wystarczy wziąć udział w konkursie, który jest jednocześnie egzaminem wstępnym do szkoły. Fan robotyki zabiera się do pracy i buduje setki, jak nie tysiące, mikrobotów. Mogą one być sterowanie przy pomocy fal mózgowych. Nie trzeba dużo, aby po prezentacji pojawił się ktoś, kto chętnie odkupi projekt od młodzieńca. Do transakcji jednak nie dochodzi, a wieczór przerywa pożar trawiący wystawowy budynek. To jeszcze nie koniec bowiem w pożarze ginie Tadashi. Po tym zdarzeniu Hiro zamyka się w sobie i ucieka do swojego świata. Opiekująca się nim ciotka nie potrafi przekonać go wyjścia z rozpaczy. Jednak pewnego dnia podczas myszkowania młodzieniec natrafia na robota-pielęgniarkę – projekt naukowy jego zmarłego brata. Hiro widział już go wcześniej, ale teraz ma okazję pobyć w jego obecności trochę dłużej. Baymax, bo tak zwie się „projekt”, dość szybko zaprzyjaźnia się z młodym geniuszem. Razem zaczynają badać tajemnicę pożaru, w którym zginął starszy brat.
Nie miałem okazji czytać tego komiksu, ale to co zobaczyłem na ekranie w zupełności mi wystarcza. Mamy opowieść o przyjaźni, zaufaniu, braterskiej miłości i zdradzie. Wszystko przepięknie animowane, przeplatane niezłymi i trafnymi żartami, a na dodatek uzupełnione kilkoma smaczkami dla fanów anime i komiksów Marvela. „Big Hero 6” łączy to co najlepsze z animacji Wschodu i Zachodu, to coś jak „sushiburger”.
Chyba najfajniejsze jest to, że postacie występujące w bajce potrafią do siebie przyciągnąć widza. Każdy z przyjaciół Hero jest inny, ale charakterny, dzięki czemu możemy znaleźć swojego ulubieńca.
Jeśli lubicie animacje Disney’a i akcję rodem z kart komiksu, to na pewno powinniście zobaczyć tą bajkę.
ONA:
Dobrze jest od czasu do czasu obejrzeć jakąś bajkę lub też animację, skierowaną do młodszego widza. Po prostu – siąść w kinie, czy przed telewizorem i delektować się beztroską, którą rejestrują nasze zmysły. Dzieła skierowane do dzieci mają to do siebie, że są niebywale proste, ale to w żaden sposób nie ujmuje ich wartości. Świat, który widzimy w takich historiach, jest wyjątkowy i wszystko tu jest możliwe. Powiesz: „Ok, z sci-fi jest podobnie”, ale ja jednak dostrzegam różnicę. Decydując się na bajkę, stajesz się na chwilę ponownie dzieckiem – możesz śmiać się z głupot i wzruszać przy ckliwych momentach. I dokładnie tak samo było, a ja mogłam zapomnieć o zbliżającej się trzydziestce, oglądając „Big Hero 6” – dzieło ze stajni Disney’a i Marvela.
Dziś zacznę inaczej: od podsumowania, które zwykle pojawia się po streszczeniu fabuły. „Big Hero 6” to absolutnie przemyślana i niebywale dobrze skonstruowana animacja, która zachwyci dzieci, dorosłych rozbawi, a nerdów i „świrów” na punkcie superbohaterów będzie przyjemnie łechtać w najczulsze miejsca. Każdy element ma tu sens. Wszystko łączy się w genialną całość, co potwierdza scena, która dzieje się po napisach. Cała produkcja jest śliczna – „wchłania” się ją każdym zmysłem. Niewątpliwy ukłon należy się twórcom fabuły, którzy zaserwowali nam wyjątkową opowieść, która wzrusza i porusza, bawi i trzyma w napięciu i przede wszystkim jest świetną metaforą o najważniejszych wartościach i emocjach. Ale od początku…
Cała historia rozgrywa się we fikcyjnym mieście, które jest „hybrydą” San Francisco i Tokyo – we San Fransokyo. Naszym głównym bohaterem jest uroczy i zawadiacki Hiro. Nie jest to zbyt pospolity nastolatek. Owszem, pod względem krnąbrności odpowiada przeciętnemu swojemu rówieśnikowi, ale to, co go odróżnia od innych, to ogromna inteligencja. Nie bójmy się tego słowa: gówniarz jest pieprzonym geniuszem. Niestety, talent marnuje podczas nielegalnych walk robotów, za co non stop ładuje się w tarapaty. Ale na całe szczęście jego starszy brat wciąga go do szkoły dla podobnych nerdów jak on – do szkoły, w której powstają roboty. Żeby tam się dostać, trzeba zrobić coś naprawdę wielkiego, genialnego! I Hiro się to udaje. Tylko wtedy zaczynają się ogromne kłopoty… Najpierw tragedia, potem zwątpienie, a potem z pomocą przychodzi… robot! Ale jaki!
Podczas seansu:
– śmiałam się, bo dowcip w tym filmie jest naprawdę niezły,
– zachwycałam, bo animacja jest zrobiona genialnie,
– myślałam, bo fabuła jest kapitalnie zaprojektowana i nie pozwala się nudzić,
– analizowałam, bo jest tu dużo smaczków, które fajnie łączą się w całość,
– dopadała mnie refleksja za refleksją, bo to wcale nie taka błaha historia,
– wyłam. Bo jak się okazuje – najbardziej mnie wzruszają najprostsze historie z bardzo prostym przekazem.
Na koniec powiem tak: warto. W każdym wieku.
