ONA:

D: Co oglądamy dziś?
P: Błagam, niech to będzie tępa komedia!
D: Coś konkretnego?
P: Coś od Sandlera (nic nie poradzę na to, że jego produkcje mnie bawią)
D: Hmm… Mam pomysł…

I wtem na telewizorze pojawił się „Boski żigolo”. Ja ten film oglądałam ze 3 epoki temu, ale pamiętam momenty i chyba całkiem dobrze się bawiłam podczas seansu. Co się okazuje – przez te lata produkcja nie straciła nic ze swojej komediowatości, a mnie te wszystkie gagi, ten chamski, żenujący dowcip bawi jak zwykle. Cóż, gustu się nie wybiera. Jak rozdawali talenty i poczucie smaku, to ja stałam w kolejce za tanimi lakierami do paznokci.

Deuce Bigalow (Rob Schneider) to taki życiowy nieudacznik. Rozpaczy niby nie ma, ale jego los jest dość pokraczny. Ma średnio fajną pracę – zawodowo zajmuje się czyszczeniem akwariów. Ale lubi to. Tylko Deuce jest swoim największym wrogiem i zagrożeniem. Jest Bigalow – są problemy i tarapaty. Nasz główny bohater przypadkiem trafia do domu boskiego i wypełnionego po brzegi testosteronem Antoine’a Laconte, który zawodowo zajmuje się pukaniem lasek. Tak, koleś jest żigolakiem, męską dziwką, facetem, któremu kobiety płacą za seks. Tadam! Wymarzona praca dla każdego samca, od chwili, kiedy pierwszy raz zrozumiał, że to co mu szyderczo dynda między nogami, służy nie tylko do sikania. Gdy Deuce zobaczył jak żyje Antoine, zapragnął być taki jak on. I akurat w tym momencie los mu sprzyjał, bowiem nasz dziwek zaproponował mu fuchę – ma się zaopiekować jego rybkami i mieszkaniem, gdy ten będzie „na wyjeździe”, ale absolutnie nie może dotykać jego telefonu i podkradać mu obowiązków pracowniczych. I właściwie Deuce chciał zastosować się do tych nakazów, ale potem zrobił jeden wielki i drogi rozpiździel w domu swojego gospodarza. W obawie o swoje życie, musiał bardzo szybko zdobyć duży hajs. Sposoby są dwa: albo ukraść, albo zarobić ciałem. Bigalow niestety błędnie oszacował swój potencjał. A klientki średnio wpasowały się w jego oczekiwania. Ale to wszystko pikuś…

„Boski żigolo” to komedia, która jest tak cholernie niepoprawna, że aż boli. Nie ma tu przywarów, które nie zostałyby obśmiane. Jest chamsko, jest wulgarnie, „jest grubo”, jakby to powiedział przeciętny uczeń gimbazy. Humor jest patolsko niskich lotów, ale o wiele bardziej wolę oglądać takie dowcipy i napierdzielanie się z wszystkich, niż to, co widzę w kolejnym „Strasznym filmie”. Poza tym, komedie z lat 90-tych mają to „coś”, co sprawia, że są ponadczasowe i nieustannie bawią. Dla mnie tego typu dzieła są gwarancją dobrze spędzonego wieczoru.

ON:

Pstryk! Wyłączmy nasze mózgi. Pstryk! Przydaje się to w te dni, kiedy po 16 godzinach pracy trzeba obejrzeć jeszcze film. Najlepiej odpalić coś, co nie wymaga od nas zbytniej koncentracji, gdzie będą pierdzieć i bekać, bo to poziom humoru, który jestem wstanie ogarnąć. Wczoraj był takowy dzień. Praca przy dużym, ogólnopolskim projekcie, mniejsze drobne zlecenia, kolejne wywiady i załatwianie sponsorów na bloga, zbiera się tego trochę przez dzień cały.

Mam jedną komedyjkę, która głupia jest co niemiara, ma ona 14 lat i nadal potrafi mnie rozbawić. Mowa o „Deuce Bigalow: Male Gigolo”. Wiem, że poziom dowcipu w tym dziele jest żenujący, ale nie mogę przestać się śmiać, gdy widzę czarnego alfonsa w akcji z pomidorem. Odpadam przy kolejnych „randkach” głównego bohatera oraz opowieściach pana policjanta. Wiem, że to dowcip brukowy, niskich lotów, czasem sięgający dna i rażący ludzkie odczucia, ale czegoś takiego czasem nam trzeba. Szczególnie w „te” dni, kiedy czujecie się zgnieceni jak gąbka pod prysznicem.

Co dużo mówić, Deuce Bigalow to typ nieudacznika, ani za przystojny, ani za mądry. Na co dzień pracował w lokalnym akwarium, gdzie zajmował się czyszczeniem zbiorników wodnych. Tyle, że dnia pewnego zwiedzający poza rybami przez przypadek zobaczyli jego pytona. W ten oto sposób stracił pracę. Snując się po mieście łapie się dorywczo różnorakich prac. To przetka kibel, to wyczyści basen. W ten oto sposób trafia na niejakiego Antoine’a Laconte. Facet – typ latynoski, dobrze zbudowany, kasy jak lodu i cały czas otoczony pięknymi kobietami. Okazuje się, że kolo jest męską dziwką. Zbieg wydarzeń sprawia, że Deuce przez trzy tygodnie może zamieszkać w domu żigolaka, ale musi się opiekować jego wypasionym akwarium. Wydawało by się, że to nic prostszego, ale tak nie jest. Bigalow przez własną głupotę rozwala warte 6 tysięcy dolarów akwarium. Takiej kasy nie zarobi jako czyściciel basenów. Do głowy przychodzi mu szatański pomysł – także zostanie męską „difką”. Pierwszy wypad kończy się katastrofą, ale do jego kieszeni wpada 10 dolców. Ale kasa! Gdy już wydaje się, że nigdy nie uzbiera kasy na naprawę szkód, pojawia się czarnoskóry alfons. Od tej chwili zaczynają się randki nie z tej ziemi. Jabba Woman, Wielka Stopa to tylko dwa z dziwolągów, z jakimi będzie się spotykał. Jego męska duma zostanie wielokrotnie nadwyrężona, ale 150 dolców za każdą wizytę przekonuje go do tego typu pracy.

To nie jest film dla każdego. Tu nie ma hamulców więc, jeśli jesteście wrażliwi na naśmiewanie się z grubych, chudych, czarnych, niepełnosprawnych, dziwolągów to raczej odpuście sobie to dziełko, w innym przypadku bierzcie browar oraz popcorn i zasiadajcie przed ekranem telewizora.