ONA:

Co zrobić, żeby film, który jest w zasadzie słaby, wypromować na cudowne dzieło? Zacznijmy od reżysera, niech będzie nasz drogi Romek P. Do tego oczywiście dodać należy aktorów. Niech będzie jeden na fali popularności (Christoph Waltz), jeden odkopany (Jodie Foster), jeden, którego kojarzymy z filmu z młodości (Kate Winslet) i jeden brzydal (John C. Reilly). A potem jakoś to będzie…

Film „Rzeź” zbiera tak różne opinie, że aż strach. Czy jest to w ogóle możliwe, żeby jedno dzieło miało tak skrajne recenzje? A jednak… Ja sama nie wiem jak go ocenić.

Wszystko dzieje się w moim mieście marzeń, w NYC. W pierwszej scenie w Central Parku widzimy bandę chłopców i nagle jeden drugiemu sprzedaje strzała z kija, przez twarz. Chwilę później przenosimy się do domu rodziców chłopca poszkodowanego. Razem z rodzicami oprawcy z gałęzią spotykają się, by ustalić co zrobić dalej. Obie pary uważają się za niezwykle wysublimowanych, kulturalnych, z nienagannymi manierami, wspaniałym życiem i sukcesami ludzi, zachwyceni sobą, swoimi rodzinami i pracą. Jak się okazuje, pary są różne. Chcą sobie nawzajem zaimponować obyciem, sposobem wychowania dzieci, karierami. I oczywiście, ich światopogląd zderza się, powodując lawinę dalszych wydarzeń. Tak, pary skaczą sobie nawzajem do gardeł, wyciągając każdy możliwy argument przeciw sobie. Co ciekawe, jak się okazuje z czasem, ich idealne małżeństwa, idealne życie, prace i dzieciaki wcale nie są takie cudowne.

Film przekrzyczany. Role przekoloryzowane. I do tego bez zakończenia. On po prostu nagle się skończył.

Kate Winslet w tym filmie rzyga i chleje łiskacza. Christoph Waltz nie ogrywa się od felefonu. Jodie Foster nie tropi mordercy, za to jest furiatką z kompleksami, a do tego jest aktywistką na rzecz Afryki, a John C. Reilly jest po prostu burakiem.

Inspirujące, jeżeli ktoś chce nauczyć się cudownej sztuki kłócenia się.

Wygląda na to, że żeby zrobić film potrzeba kilku popularnych nazwisk i jednego mieszkania. Można obejrzeć, ale nie trzeba.

ON:

Jedyny, prawdziwy i wspaniały ojciec „Dziecka Rosemary” zebrał w jednym pokoju na Manhattanie mordercę francuskich Żydów, dziewczynę Hanibala Lectera, ukochaną Leosia z Titanica oraz ojca psychopatycznego Kevina. Te cztery osoby to dwa małżeństwa, które spotykają się tylko po to, aby rozwiązać problem, który wyniknął na skutek małej bójki. Syn małżeństwa Cowanów daje w pysk dzieciakowi Longstreetów. Wiadomo, honorowa walka wymaga, aby w pysk walić kijem, wtedy na słowo honoru pokonany nam już nie podskoczy.

Aby było łatwiej Cowanowie to para Winslet i Waltz, a Longstreetowie to Foster i Reilly. Cztery osoby w czterech kątach salonu i cztery różne punkt widzenia tej samej sprawy. Zwykła bójka dzieci doprowadza do potyczki, a właściwie walki słownej pomiędzy rodzicami. Zaczyna się niewinnie, a kończy się całkiem niezłą sprzeczką. Tyle że…

… poza grą, aktorską która jest naprawdę niezła (szczególnie pani Foster pięknie wciela się w histeryczkę), to nie ma tutaj nic, czego by nie było w innych filmach. Myślę, że film wypłynął tylko dzięki nazwisku Romana Polańskiego. Każdy inny reżyser, bez jakiegokolwiek dorobku, nie mógłby nawet marzyć o tak wysokich ocenach w serwisach pokroju Filmwebu czy imdb. Gdzieś czytałem, że każda rzecz która znajduje się w pokoju, ma swoją rolę w dramacie tych czterech osób, że oglądający czeka z napięciem na kolejną scenę. No ja nie czekałem na kolejną scenę, ja czekałem na koniec. Może jestem za głupi na tak wysublimowane kino? Podobno to dramat i komedia w jednym. Dramat na pewno, bo to oglądnąłem. Komedia? Tam były jakieś żarty i skecze? Dobra stanowczo za głupi jestem na to kino.

Jeszcze jedno film jest ekranizacją sztuki pt. „Bóg rzezi” Yasminy Rezy. Możliwe, że ta zachwalana sztuka inaczej wygląda w teatrze i tam jest naprawdę wielkim dziełem, możliwe, że filmowość jej nie służy, a do promocji posłużyło tylko nazwisko Polańskiego.

Ja stanowczo na nie, ale jak ktoś odczuwa potrzebę to wyłączyć jak tylko zacznie nudzić.