ONA:
Gdybym mieszkała w mieście z moich marzeń – w NYC, wycieńczona po całym tygodniu w piątkowy wieczór, zaraz po wyjściu z pracy, uderzałabym do pierwszego lepszego klubu, w którym znalazłabym dwa bardzo istotne elementy. Drinki i stand-up’owy show. I kiedy tak zaczęłabym wlewać w siebie kolejne modżajto albo tekilę sanrise, która wcale nie wykrzywia mi japy, na małej scenie pojawiłby się on. I nie ważne, czy byłby to Ricky Gervais, Jimmy Carr, Eddie Izzard czy Luis C.K. Niech to nawet będzie skrzeczący Chris Rock, ba – niech to będzie nieżyjący George Carlin. Obojętnie kto – niech mnie bawi. Niech porusza najcięższe tematy, niech jest sarkastyczny, wredny, cierpki i gorzki. Ale niech komentuje i ripostuje tak, że będę rżeć.
Tymczasem…
…był to wtorek, który zachowywał się jak poniedziałek. Nieważne w który dzień kończy się długi weekend – boli tak samo. Za oknem rozpacz, sił witalnych po srogiej dawce pracy wystarczyło tyle, bym zdołała przejechać z pracy do domu, a w nim wstawić kubek z mlekiem do mikrofali, przekręcić pokrętło na 2 minuty, a potem żwawo, jak 3 dniowy trup, wsypać do niego sproszkowaną czekoladę i psiknąć śmietany (nie będę kłamać – psiknęłam za dużo razy, w tym kilka wprost do paszczy, zła ja) i zakopać się pod kołdrą w sypialni. Wal się na ryj pieprzony świecie, a Ty – szanowna dorosłości – miałaś być jedną, wielką balangą i beztroską!!! Tymczasem ja nie wiem jak się nazywam, a to dopiero pierwszy dzień tygodnia! W planach miałam „Inferno” Dana Browna, którego kocham odkąd mój wychowawca z LO usprawiedliwił moje tygodniowe wagary, bo wiedziałam co to „Człowiek witruwiański” (a wiedziałam to tylko i wyłącznie dzięki książce o kodzie LeoDaV.). I tak czytam – pierwszy trup, potem drugi, mnie coś nagle zaczyna boleć i zamknęłam „Piekło” w odpowiednim momencie – jeszcze kilka stron i zdechłabym, na bank (absolutnie nie temu, że książka jest słaba – po prostu nie ten flow). I wtedy z szafki nocnej mrugnął na mnie Maciek. Krzyknęłam tylko na Marudę: „Ej, jestem w łóżku z Frączykiem!”, a odpowiedziało mi wredne „Znowu?!”. No to lecimy: „Zeznania Niekrytego Krytyka 2: Nie przejdziemy do historii”.
Tak, to było to. Płynny cellulit, ciepła kołdra, przygaszone światła i słowa, które mnie najnormalniej w świecie bawią. Niezależnie, czy Autor pisze o lejących się po mordach samcach, czy o tej pieprzonej polityce (za każdym razem, kiedy dowiaduję się o kolejnych podwyżkach vatów, sratów, wieków emerytalnych, akcyz czy innych takich, czuję się dmuchana jak kurze jajko przed Wielkanocą). Niezależnie gdy dorzuca zgrabne anegdoty z historii albo gdy pisze, że „Dżizes to chyba typ faceta tak głęboko wierzącego w siebie i swoje racje, że prędzej da się skatować i przybić do narzędzia tortur, niż wyrzec się czegokolwiek”. Ale rozdział czwarty pt. „Była sobie Ziemia” sprawił, że nie umiałam uspokoić dzikiego brechtu, który na mnie zstąpił, jak Duch Święty (byle tylko nie było po tym jakieś nieplanowanej ciąży. Chociaż chwila… To on zapładnia młode laski bez ich zgody i wiedzy, czy ktoś inny? A tak, Archanioł GHB). Maciek – poważnie. Ten rozdział powinien znaleźć się w podręcznikach szkolnych. Jak powstała Ziemia, czyli od „wielkiego marasu”, przez tiktlika, przez T-Rexa z krótkimi łapkami, uniemożliwiającymi mu fapienie (pozdro Sebuś), po ten nędzy gatunek, do którego przyszło nam należeć.
I nagle moja sypialnia zmieniła się w klub. Ale byłam w nim tylko ja i Autor. Stał przede mną na małej scenie, oświetlony wiązką mocnego blasku z reflektora, z marynarce, w okularach i wyrzucał z siebie kolejne teksty, które sprawiały, że na zmianę brechtałam i powtarzałam „O to to. Mam to! Mam tak samo!” Uprzedzając pytanie – mimo niewielkiej odległości do Czech, moja czekolada była tylko na gorąco, a nie na absyncie, haszu czy innej efedrynie. „Nie przejdziemy do historii” to stand-up pisany i do tego napisany dobrze, zgrabnie i dowcipnie. Jest dużo sarkazmu, ironii i cierpkich ripost, są też przekleństwa. Czy gdybym dorobiła się swojego małego prywatnego wrzodka w gimnazjalnym wieku, dałabym mu to do przeczytania? Owszem. Bo tę książkę definiuje już sam wstęp – cytat ze S. Jobsa – „Kiedy dorastasz, słyszysz, że świat jest taki, a nie inny, i musisz się przystosować…” Guzik!
Robisz to dobrze Frączyk! Rób to dalej!
