ONA:
Zawsze jestem pełna podziwu dla młodych, debiutujących pisarzy, że odważyli się, zmotywowali i wydali książki. Trudno się wyróżnić, trudno napisać coś innego, co nie zostało podejmowane już w innych powieściach. Wszystko już było. Każda choroba, każdy rodzaj relacji międzyludzkich, każda postać fikcyjna i prawdziwa. Były armagedony, problemy rodzinne i całe krainy, wypełnione dziwnymi stworami. Było WSZYSTKO. Moim zdaniem współczesnego debiutanta mogą wyróżnić tylko dwie cechy: wyobraźnia i umiejętność obserwowania zarówno rzeczywistości, jak i oczekiwań czytelników. Jeśli odpowiednio dobrze operuje tymi elementami – ma szansę na sukces. W innym przypadku prędzej czy później zostanie oskarżony o powielanie utartych schematów lub inspirowanie się czymś, co już zostało napisane.
Dominika Słowik to dziewczyna młodsza ode mnie o dwa lata. Z jej biografii, zamieszczonej na książce wynika, że mamy bardzo dużo wspólnych cech, bo i wiek nas zbliża, i to, że obie jesteśmy ze Śląska. Jesteśmy jedynaczkami, które nie potrafią gotować. Może temu jej „Atlas Doppelgangera” czytałam z ogromnym poruszeniem i wrażeniem, że ja też to wszystko znam, pamiętam. Torebki nie można położyć na ziemi, bo uciekną z niej pieniądze. Boazeria i tapety były w większości mieszkań. Pierwsze wycieczki do marketów były prawdziwymi, przepełnionymi emocjami wyprawami, a jak w Makro zobaczyłam kilogramową paczkę M&M’sów, to zakwiczałam. Szklanki z cienkiego szkła w tych cholernych, metalowych uchwytach, które zawsze parzyły w ręce. I odpusty. Cała wieś strzelała hałaśliwymi petardami, które doprowadzały do szału psy. Nigdy nie zapomnę zapachu gumki do gumowania. Miała wściekło-oczojebny kolor, nie chciała ścierać, kruszyła się jak zła, ale pachniała tak, że każdy gówniarz wkładał ją do ust, z nadzieją, że zmieni się w cukierasa. A potem było rozczarowanie, jedno z pierwszych. Pamiętam też słowo „pożyczka”, które non stop wpychało się w rozmowy dorosłych. Długo byłam przekonana, że chodzi o krzaczek z cierpkimi owocami, z których robiło się kompoty i dżemy.
Dominika bardzo dokładnie opisuje przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Jest wnikliwa i nie zapomina o niczym. Czytając jej słowa ciągle łapałam się na tym, że u mnie było dokładnie tak samo. Nie było to klasyczne blokowisko z wielkiej płyty, a domek na wsi, ale wszyscy w tamtych czasach żyli tak samo. My, gówniarze urodzeni mniej więcej w połowie lat 80., z komuny nie pamiętamy zbyt wiele. Ja miałam to szczęście, że do czeskiej granicy mamy z 20 km, więc lentilki zastępowały mi cukierki, jarmilki – trampki, a dziadek, kiedy chciał żebym zasnęła, dawał mi ze 2 rumowe pralinki i miał mnie z głowy. Jestem pełna podziwu dla autorki, że te wszystkie mniejsze i większe elementy kolorytu tamtych czasów opisała. Historie, opowiedziane w tej książce, są interesujące, bohaterowie są jednocześnie i „jacyś”, bardzo zwykli, dzięki czemu można się z nimi identyfikować. To książka idealna na podróż albo do łóżka przed snem.
Dominice gratuluję świetnego debiutu, wyobraźni i zmysłu obserwacyjnego. Czekam na więcej.
