ON:

„Dreamcatcher” to taka indiańska plecionka, amulet, talizman chroniący przed złymi snami. Jedni wierzą w jego magiczne właściwości, inni po prostu używają go, jako element dekoracyjny. „Dreamcatcher” to także powieść Kinga, na podstawie, której nakręcono film. Dzieło zapisane na kliszy filmowej jest co najwyżej przeciętne, a oglądając je zagryzałem zęby, bowiem wiedziałem, jak bardzo zepsuto tą historię.

Gdy zabieraliśmy się za „Łowcę snów” domyślałem się, że będzie źle. Wszelkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że to nie jest dobre kino. Nie ratują go znane nazwiska, których tutaj nie brakuje, nie ratują kolejne sceny, coraz to bardziej rozwadniające opowieść. Wszystko bez ładu i składu. Widać że King przerósł scenarzystów oraz reżysera. Panowie pogubili się w całej masie wątków, które chyba wszystkie chcieli wsadzić do swojego filmu. Przez to widz ma do czynienia z bełkotem, który trwa ponad dwie godziny.

Najbardziej w tym wszystkim boli to, że gdy otworzymy książkę opowieść ta będzie zupełnie inna. Okaże się, że ma sens, że kolejne postacie mają cel, są tutaj po coś, a nie tylko po to, by zginąć. Czterej przyjaciele związani są ze sobą prawdziwą więzią, a „Duddits” jest osobą ciepłą, wesołą i towarzyszy tej czwórce przez wiele lat życia. Jest miejsce na grozę, ale i na uczucia, w filmie zaś mamy tylko bezsensowną wyrzynkę. Gdy zaczniemy oglądać dzieło Lawrence’a Kasdana, dość szybko zobaczymy chaos, którego nie udało mu się okiełznać. Pierwsze kilka minut wprowadzających do historii zaciekawia, ale później jest po prostu źle, a polowanie na obcych w wykonaniu trzech helikopterów to już kpina.

To, co w książce Kinga było ważne i uwypuklone, stało się podwalinami do bezsensownej jatki, pogoni za kosmitą. Wszelkie uczucia i emocje zostały zrzucone na drugi plan, bowiem na pierwszym pojawiły się glistopodobne istoty z kosmosu. To wokół nich zaczyna się kręcić historia, to one stają w centrum uwagi i genialne zabiegi, takie jak wewnętrzne zmagania jednego z bohaterów z kosmitą siedzącym w jego ciele, pokazane są tylko jako ciekawostka, brak w nich czegoś, co pojawia się na papierze.

A o czym jest „Dreamcatcher”? O czterech kumplach, którzy w szczenięcych latach ratują „Dudditsa”, stają się jego przyjaciółmi, a on za to obdarza ich pewną umiejętnością. To także opowieść o inwazji na naszą planetę, inwazji nie do końca udanej, która jednak i tak może zakończyć się tragicznie. Mamy tu także wojskowego ze zbytnimi ambicjami, mamy mix wszelaki, którego w wersji filmowej nie da się strawić i nie dostać rozstroju żołądka. „Dreamcatcher” jest zły, jest słaby i nic tego nie zmieni. Nie jest to kino tragiczne, ale do górnej półki jest mu bardzo daleko. Można odpuścić i zabrać się za książkę.

ONA:

Dobra, byłam zmęczona. Byłam też wściekła i załamana tym, że jest środek nocy, a przede mną jeszcze taki ogrom pracy, że głowa mała. A do tego w domu skończyły się i energetyki, i słodycze… Całkiem możliwe, że to wszystko wpłynęło na bardzo negatywną ocenę filmu, o którym Wam zaraz napiszę… A może ja go po prostu nie zrozumiałam?

Tak, ja go bankowo nie zrozumiałam. Zatem budzi się właśnie we mnie typowy Polak-katolik, który gdy czegoś nie jest w stanie objąć rozumem, mówi, że jest to beznadziejne albo się tego boi. Cóż, ja się tego filmu nie bałam, chociaż ciągle drżałam o to, że on może być jeszcze dłuższy. Moja pieczołowicie sfałdowana istota szara, nad którą pracuję intensywnie, prostowała się jakby ktoś sunął po niej rozgrzanym żelazkiem. Do czego mogłabym porównać to dzieło… Wyobraźcie sobie smaczny kawał mięcha. Takie są przecież książki Kinga, więc podstawę mamy dobrą. Potem dodajmy do tego kilka warzywek, przygotowanych tak jak lubimy najbardziej, w aromatycznych ziołach (warzywkami są: Morgan Freeman – bo to dobry aktor i tyle oraz Timothy Olyphant – bo jest strasznie przystojny). W szklance buzuje zimna cola. Albo wino. Albo woda z plasterkiem cytryny – jak kto woli (to taka metafora elementu dopełniającego – czyli fajnej scenografii). A potem dodajmy do tego: klocki lego, wodę z kałuży, sarni bobek, trochę cynamonu i zmiksujmy wszystko w pizdu! Tak właśnie wygląda ten film. On składa się z ogromu elementów, które ktoś zupełnie bez sensu połączył w jedną całość i nazwał „Łowcą snów”. To historia kilku kumpli, która zaczyna się gdzieś w okresie ich późnego dzieciństwa i potem nagle zalicza przeskok, aż do chwil, gdy panowie są dorośli. Oczywiście bohaterowie muszą zostać przeniesieni w jakieś odludne miejsce – to w końcu film grozy. Pada na domek w górach, na totalnym Odbytkowie. Ma być miło i sympatycznie, a wychodzi nieco gorzej. Ktoś w końcu musi umrzeć. Męska przyjaźń zostaje zdziesiątkowana przez „coś”, co wygląda jak połączenie pochwy z zębami i dżdżownicy, bo oto moi mili – świat zostaje po raz kolejny zaatakowany przez kosmitów, których zamiary wcale nie są pokojowe. I gdy w normalnym filmie o podobnej tematyce pierwszy trup zaczyna akcję, żebyśmy mogli z gałami wpatrzonymi w ekran sikać pod siebie z podniecenia/strachu, tak tu mamy po prostu kiszkę, kaszankę, klopsa i całą resztę ekipy. Całe napięcie leci na łeb, zupełnie jak Jose Arcadio Morales. Z ręką na sercu, to znaczy na węgielku (bo dziewczyny ze śląska nie mają serc, tylko czarne sztabki), ja nie wiem o czym ten film był. Nie wiem co było wątkiem głównym, co pobocznym, jaką funkcję w tym dziele pełnił Freeman i żeby do tego całego pierdolnika dołożyć kolejny element – ponoć dość istotną rolę odegrał tu niepełnosprawny koleś. Mimo mojej zaawansowanej i postępującej kpiny, wymierzonej w istoty boskie, modliłam się do wszystkich boziów, obiecując im wszystko, czego wymagają, by tylko to GÓWNO się skończyło. I tak się stało. Napisy końcowe ukróciły męki, a ja teraz muszę się wysadzić w jakimś ruchliwym miejscu…

Naprawdę, nie warto. Szkoda czasu. Szkoda energii. Szkoda nawet rozmyślać nad tym dziełem. Jest kiepskie i chyba najłagodniejsze określenie, jakie mogę napisać. Zmarnowany potencjał, zmarnowana historia, zmarnowany czas, nie wspominając o hajsie, który na to poszedł.