ONA:

Wiecie co? Odszczekuję to, co wczoraj napisałam, że chyba zmęczenie i wkurzenie sprawiło, że oceniłam „Łowcę snów” na bardzo niskim poziomie, bo tej samej nocy obejrzeliśmy jeszcze jedną produkcję, która jest mega, mimo, że kiczowata do bólu. Dziś na części rozkładamy „Smętarz dla zwierzaków”, czyli esencję kina grozy końca lat 80-tych…

Państwo Creed – Louis i Rachel, wraz ze swoimi małymi pociechami, przeprowadzają się do nowego domu. Miało być sielsko i idealnie, wyszło – cóż… Rzeczywistość dość szybko niszczy wyobrażenie. Dom, w którym mieszkają, jest przy bardzo ruchliwej drodze, a przy dwójce małych dzieci i z kotem, to średnio dobra lokalizacja. Zresztą, do kota zaraz dojdziemy. Kolejna sprawa – praca Louisa. Miał zająć spokojną posadkę lekarza w przychodni, a nie jest wcale tak wygodnie, jak oczekiwał. Pierwszego dnia nowej pracy doktorkowi praktycznie na rękach umiera młody student, Pascow, którego poranna przebieżka skończyła się pod kołami samochodu. Słaby początek… Ale załóżmy powoli wszystko zmierza do lekkiego ustabilizowania. Rachel z dziećmi wyjeżdżają do rodziny na święta, a Louis zostaje w domu z kotem. I pewnego dnia znajduje go nieżywego na trawniku. Słaba sytuacja, szczególnie, że koteczek był ulubieńcem córki doktorka. Ale co zrobić… Wraz ze starym sąsiadem postanawia pochować zwierzaka na „Smętarzu” dla zwierząt. Tylko plany się nieco zmieniły i zwłoki kota zostają zakopane w innym miejscu – na zapomnianym cmentarzu indiańskiego plemienia Micmac. Panowie wracają do swoich domów… Louis zastanawia się jak powiedzieć swojej córce, że jej kotek nie żyje, ale póki co na jego korzyść działa odległość, jaką rodzina ma do siebie. Coś wymyśli, puści małej jakąś zgrabną historyjkę. I wtedy kot wraca… Jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Ale jednak – kocfel już nie jest tym samym miłym i delikatnym zwierzątkiem. Jest drapieżny, agresywny. I rodzinka wraca z wyjazdu… Ale to dopiero początek tej historii. Jeszcze będzie jeden trup. A potem kilka kolejnych…

Ten film ma klimat – bardzo mroczny i tajemniczy, a zło okazuje się być ukryte w najbardziej niewinnych (z pozoru) elementach. Jest strasznie niedopracowany i kiczowaty do granic przyzwoitości, ale ogląda się go całkiem nieźle. Wciąga. Poszczególne elementy połączone są w fajny sposób. Mamy wątek ze „smętarzem”, które miało być miejscem pożegnania dzieci z ich ukochanymi zwierzakami, ale tuż obok mamy tajemniczą okolice, nieco mitologiczną i dziwną, która wcale nie jest taka zwykła. Mamy też „dziwnych” sąsiadów, a obecność ducha zmarłego studenta dopełni tą klimatyczną całość. Nie liczcie na to, że to dzieło warte jest obejrzenia z powodu fenomenalnej gry aktorskiej – bo jest kiepsko jak na jasełkach w remizie. Ale historia wygrywa wszystko. Mamy mnóstwo miejsca na „dopowiedzenia”, ale wszystko biegnie dość konkretnym torem. I jest dość brutalnie… Ta historia jest bardzo kingowa i łączy się nieco z innymi jego dziełami. Ubarwiono ją niezłymi smaczkami i detalami, a także elementami retrospekcyjnymi. Tempo poszczególnych scen sprawia, że się nie nudzimy. Co ma być snujące się i melancholijne – jest. To, co ma być dynamiczne i dzikie – tak też zostało pokazane.

Moim zdaniem filmy takie jak „Smętarz dla zwierzaków” wytoczyły ścieżkę, którą nadal kroczą filmy, pretendujące do gatunku grozy. Bo przecież w tego typu produkcjach klimat jest najbardziej istotnym elementem, bez którego wyjdzie albo durna komedia, albo smętny obyczaj.

ON: 

King przyzwyczaił nas do pewnego stylu pisania. W każdej jego książce znajdziemy małomiasteczkowy klimat, w każdej powieści przewija się stan Maine, pojawia się osoba z paranormalnymi zdolnościami, jest miejska legenda, która bazuje na prawdziwych wydarzeniach. Wszystko jest zmiksowane i podane w sposób bardzo smakowity. Danie zaserwowane przez Kinga powinno zasmakować wytrawnemu koneserowi jak i zupełnemu amatorowi pisanych potraw.

Takim przykładem wszystkich elementów znanych z jego książek jest „Lśnienie”, czy oglądany ostatnio „Smętarz dla zwierzaków”. Filmowa historia jest praktycznie wierną kopią tej znanej z książki. Nie jest ona zła, ale w porównaniu ze słowem pisanym wypada trochę blado, szczególnie gumowe efekty specjalne, które bardzo kują w oczy. Nie można jednak zarzucić temu dziełu braku klimatu. Czuć go od samego początku. Rozpędzone ciężarówki, przejeżdżające koło nowego domu Creedów, wróżą coś złowrogiego, ogromny sąsiad opowiadający o tajemnicy cmentarza także ma w sobie coś, co przeraża, mimo że stara się być miły i sympatyczny. Z czasem dowiemy się, że mężczyzna także ukrywa pewną tajemnicę i właściwie robią to wszyscy.

„Smentarz dla zwierzaków” to opowieść o igraniu z mocami, które nie do końca nam są znane, które są zepsute i złe. Trochę jak w „Poltergeist” gdzie stare duchy i siły dobierają się do bogu ducha winnej rodziny. To także opowieść o tym jak daleko jesteśmy się w stanie posunąć w imię miłości i dobra naszych bliskich. Czy podpiszemy pakt z diabłem tylko po to, aby nie stracić tych, których kochamy? No właśnie, odpowiedzcie sobie sami.

King skupił się na poszczególnych postaciach, w filmie są one płytsze, ale pierwsze skrzypce nadal gra Louis Creed. Głowa rodziny, kochający mąż i ojciec. W czasie gdy w „Lśnieniu” taki sam mężczyzna daje się opętać obsesji i nieznanej sile, Louis po prostu brnie w głęboką przepaść wiary w coś, co nie może być prawdziwe. Nie można bezkarnie ingerować w sprawy boskie, nie można samemu decydować kto i kiedy zginie, nie można wrócić z piekła z ukochaną u boku. „Smętarz” to nie „Boska Komedia”, kręgów piekła nie ma dziewięciu, jest jeden i znajduje się na starym indiańskim cmentarzu.

Książka jak i film są klasykami, które na pewno warto sobie przypomnieć.