ON:

Kiedyś dawno temu, bo w 1994 roku powstał film w reżyserii Curtisa Hansona z Meryl Streep i Kevinem Baconem w rolach głównych. Mowa o „Dzikiej rzecze”. Jest to dzieło prawie idealne, z doskonałymi rolami, świetną historią i akcją, która trzyma cały czas w napięciu. Nie był to może film na miarę wielkich nagród, ale w swojej kategorii był praktycznie niedościgniony. Założenie było proste: rodzina z dala od cywilizacji kontra przestępcy, którzy nie mają skrupułów i nic ich nie powstrzyma przed osiągnięciem celu. Dziś obejrzałem coś “podobnego”: film, który jest profanacją tamtego pomysłu. Nie uważam, że to plagiat, ale pewien schemat pozostaje bez zmian.

„Eyewitness” to film, który od razu pojawia się na HBO. Wyprodukowany raczej małymi kosztami, nie zachwyca mnie niczym. Gra aktorska jest mizerna, postacie płaskie jak placki ziemniaczane, efektów specjalnych tutaj nie uświadczycie i nawet ujęcia kamery są jakieś do dupy. Brakuje im polotu. Wszystko od początku do końca jest tak bardzo budżetowe, że aż zęby bolą. Nie byłoby w tym żadnego problemu, gdyby nie jedna rzecz: twórcy silą się na stworzenie niesamowicie klimatycznego i hollywoodzkiego kina. Gdy jednak postawimy koło siebie „Eyewitness” oraz wspomnianą „Dziką rzekę”, to mamy pełny obraz tego jak różne są to filmy.

Porównanie to jest trochę jak porównanie dwóch braci. Jeden jest elegancki, wysławia się w sposób wyjątkowy, jest zawsze pachnący i dobrze ubrany. To on robi wrażenie na znajomych i rodzinie. Drugi zaś to ten, który właśnie wysmarował się swoją kupą i woła „że jest batonikiem!”. W ten sposób bardzo dobrze pokazałem ogromną przepaść pomiędzy obiema produkcjami.

O co chodzi w „Eyewitness”? Mamuśka i jej nastoletnia córka chcą spędzić razem trochę czasu i jadą na spływ malowniczą rzeką. Stop! Wróć. Film przecież zaczyna się inaczej. Pierwsza scena to podskakujące malowniczo cycki! Dosłownie. Wspomniana matka, taki typ „milf”, ucieka przed jakimś typem. Jej dość obfity biust podskakuje jak szalony. Potem kolo ją dopada i zaczynają się tłuc. A gdy mężczyzna zaczyna ją topić pojawia się napis „7 godzin wcześniej”. Ten zajebisty zabieg spojleruje nam kto tak naprawdę jest bandziorem i kogo powinna się bać główna bohaterka, gdy pojawi się na ekranie. Kurde, co za debil wymyślił scenariusz i wsadził tą scenę na początek? Może komuś się po prostu pojebało podczas montażu i tak już zostało?

No więc gdy już wiemy, kto jest jednym z tych złych, to możemy delektować się kolejną dawką bzdur i abstrakcji. Przecież dalej może być już tylko lepiej, lepiej nie mówić bo szkoda nerwów. Ten film jest tak słaby i tak zły, że dupa boli i nie pomoże na ten ból żadna maść. Unikajcie tego śmierdzącego potworka.

ONA:

Obejrzałam kilka niszowych filmów produkcji HBO, o których trudno mówić, że są wyjątkowe, ale jak na kino telewizyjne – to przyznam szczerze, że były bardzo dobre. Jak w każdym zawodzie, są tacy, który spijają śmietankę i tacy, którzy muszą zadowolić się niższymi formami. To dotyczy programistów, grafików, dziennikarzy, lekarzy, prawników i pewnie wymieniać mogłabym jeszcze długo. W branży filmowej też jest podobnie. Ci wielcy, którzy już mają nazwisko, siedzą w samym środku masy perłowej. Nawet gdy wypuszczą gniotka, a mają już swoją pozycję – to na ogół i tak im uchodzi to płazem. Pozostałym potrzeba twardej dupy, by wykopać się z marazmu i dostać do tego miejsca, w którym już wszystko jest świetne, a błyski fleszy skierowane są wprost na nich. Film, o którym dziś napiszemy, stworzony jest chyba przez tych filmowców, którym już wszystko jedno. I pomyśleć, że mogłam siedzieć we Wrocławiu na festiwalu Nowe Horyzonty i oglądać dobre filmy…

Inaczej: jedynym plusem tej produkcji, jest całkiem sensowny scenariusz, który przy odpowiednim podrasowaniu, z lepszymi aktorami, muzyką, scenografią i spektakularnością – mógłby dać podstawę pod fajne kino akcji, z odważnymi kobietami, które muszą stanąć oko w oko z trójką uciekinierów z więzienia. Tymczasem jest tak: cycata, rudowłosa mamuśka, zbiega ze zbocza. Oczywiście nikt nie jest w stanie powiedzieć nic więcej, bo wszyscy, nawet heteroseksualne kobiety, skupiają się na falującym biuście. Dopada ją koleś, leją się, kopią, podtapiają i siup – zmiana otoczenia. Cofamy się o 7 godzin. Ruda to Sharon, która po rozstaniu z mężem, próbuje poprawić relacje z nastoletnią córką, swoją drogą wybitną irytującą piczą. Postanawiają razem wyskoczyć na spływ. Sharon to bardzo lubi. Pakują się więc i ruszają. Niestety, po drodze za burtę wypada saszetka nastolatki, w której ma leki – młoda cierpi na cukrzycę. Kobiety zatrzymały się, by uratować torbę i jakoś wtedy pojawiają się oni – trzech uciekinierów z pierdla, którzy próbują odzyskać ukryte pieniądze. Reszta filmu to ciągłe szarpanie się między nimi: one chcą uciec, oni potrzebują pomocy przy szukaniu kasy, policja powoli łączy punkty, a wisienką na torcie jest szalejący w lesie pożar. Będą też trupy.

Było lekkie napięcie. Było też wiele do przewidzenia. Aktorzy, którzy tu grają, to nawet nie średnia półka. To poziom przedszkolnych teatrzyków na Dzień Babci. Poza tym, to dzieło jest strasznie źle nakręcone. Ma beznadziejnie dobraną muzykę i do tego jest przegadane. Sceny lania się po mordach, czy tam nawet strzelania są śmieszne, a nie przerażające. Gdyby nie to, że mówią po angielsku, byłabym przekonana, że to typowe polskie kino akcji, czyli kino bez akcji.

Podsumowując: scenariusz na plus. Reszta: na hasiok.