Drifting Lands – recenzja

Drifting Lands - recenzja_logo

„Drifting Lands” nie jest typowym shmup’em, to gra, która łączy ze sobą elementy wielu gatunków, przez co wybija się ponad typowe „bullethellowe strzelanki”. Dodatkowo to produkcja niesamowicie ładna, przyjemna dla oka i stworzona z dbałością o każdy szczegół. Gdy jeszcze przyjrzymy się długości „Drifting Lands”, to okaże się, że mamy do czynienia z produkcją wyjątkową, która jest warta swojej ceny.

Drifting Lands – recenzja

Historia, jakich wiele

Sama fabuła, którą serwują nam twórcy, nie jest wyjątkowa, można nawet powiedzieć, że każdy z jej elementów już gdzieś, kiedyś się pojawił. Ot, w dalekiej przyszłości ludzie uciekają ze stojącego na skraju zagłady świata. Gdy po pewnym czasie wracają w te rejony, okazuje się, że po zostały po nim tylko tytułowe „dryfujące w powietrzu” fragmenty lądów. Zwykli ludzie chcą odzyskać swój świat, zbudować go na nowo, ale przeszkadzają im w tym korporacje, które kładą łapę na tym miejscu. Gracz wciela się w pilota okrętu, który należy do ruchu oporu. To on będzie walczył w imieniu ludzkości, aby odzyskać wolność i wprowadzić porządki prawa. Wszystko zaś sprowadza się do kolejnych etapów, a jest ich koło setki, które będzie trzeba pokonać, a od czasu do czasu rozprawić się też z jakimś bossem. Ponieważ fabuła nie jest wymyślna, czasami po prostu ją przeklikujemy, aby szybciej przejść do rozgrywki, bo to ona jest core’m zabawy, a trzeba przyznać, że jest wyjątkowa.

drifting lands 3

RPG shooter?

Jeśli rozłożymy grę na części pierwsze, to szybko zdamy sobie sprawę, że pod przykrywką strzelanki mamy dobrego cRPG ze świetnym systemem craftingu oraz rozwojem umiejętności. Wszystko rozpoczyna się jak w dobrym RPG, tyle że zamiast klas postaci mamy klasy pojazdów, których są tak naprawdę trzy. Szybki i bardzo podatny na zniszczenia, wolny i opancerzony, a także połączenie tych obu, taki model pośredni. Jednak nie musimy się obawiać – jeśli nie podejdzie nam typ pojazdu, w każdej chwili możemy za kasę kupić inny. Rozpoczynając misję, gdy opuścimy już hangar, mamy do czynienia z typowym shmup’em z masą pocisków i wrogów na ekranie. Jednakże w tym całym chaosie są dwie rzeczy, które odróżniają „Drifting Lands” od innych tego typu gier. Po pierwsze nasz pojazd/pilot posiada system umiejętności. Łącznie przed misją możemy wybrać cztery aktywne i dwie pasywne. Jest w czym wybierać, są wśród nich bowiem naprawa pojazdu, teleport, pole siłowe aktywne podczas zwarcia, czy też ucieczka z pola bitwy, która może uratować skórę, gdyż na wysokim poziomie trudności śmierć naszego bohatera równa się wyczyszczeniu zasobów gotówki, bo zniszczone elementy trzeba naprawić, a gdy tego nie zrobimy, zostaną one zniszczone. W ten sposób można pożegnać się ze świetnym ekwipunkiem. Jeśli już przy nim jesteśmy, to warto wspomnieć o tym, że z pokonanych wrogów wypadają przedmioty i – jak w rasowych RPG-ach – są one podzielone na te zwykłe oraz rzadkie, które cechuje pomarańczowa barwa. Jest w czym wybierać, bo loot wypada często i naprawdę jest go dużo. Niepotrzebne śmiecie warto sprzedawać, a kasę zostawiać na lepszy sprzęt oraz naprawę pojazdu.

drifting lands 1

Klawiatura lub pad

„Drifting Lands” ogrywałem na komputerze, a co za tym idzie, do wyboru miałem pada lub klawiaturę. Oba kontrolery mają swoje plusy i minusy, jednak to właśnie pad idealnie nadaje się do sterowania pomiędzy ogromną ilością pocisków. Chociaż w menu nie daje do końca rady, to i tak polecam go do ogrania tego tytułu.

drifting lands 2

Długa, kolorowa i bardzo ładna

„Drifting Lands” to produkcja, która wymaga od nas czasu, około 100 poziomów samo się bowiem nie przechodzi. Czasami czekają nas powtórki, a że plansze generowane są losowo, rzadko zdarza się, że trafiamy na identyczny level. Dodatkowo trzeba przyznać, że poziomy są po prostu śliczne! Każdy jest inny. Kolorowa grafika, dbałość o detale, wybuchy, pociski, strzały, to wszystko składa się na niesamowite widowisko. Naprawdę wygląda to ekstra. Całość działa na silniku Unity i raczej nie schodzi poniżej 50 fpsów. Oczywiście wszystkiemu towarzyszy dobre udźwiękowienie, pasujące i umilające rozgrywkę.

Warto, warto, warto

Ostatni tego typu tytuł, jaki naprawdę mnie urzekł, to była „Sine Mora”, która miała wszystko, czego można oczekiwać od tego typu gier. Teraz pojawia się „Drifting Lands” i nie ukrywam, że na nowo podnosi on poprzeczkę. Naprawdę warto!

Tagi: Drifting Lands – recenzja, gry recenzja, recenzja, blog popkulturowy, blog marudzenie
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Dawid

Podziel się postem
468 ad