Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Drunk Wedding

ONA:

„Drunk wedding” to film, który mnie zaskoczył. Myślałam, że dostanę nudną produkcję, silącą się na bycie komedią, a tymczasem było nawet śmiesznie! Co prawda nie jest to jedno z tych dzieł, które sprawiają, że brzuch buja się i podskakuje, bo jest tak śmiesznie, ale nadal – można porechotać. To czasami wystarczy. A, i co ważne – to nie jest taka 100% komedia romantyczna, chociaż wątki miłosne są.

Pewna zakochana para postanawia zebrać wszystkich bliskich w bajecznej lokalizacji i tam wziąć ślub. Plan idealny! Ale przecież gdyby to było takie proste, nie zrobiono by o tym filmu, prawda? Sporo kolorytu dodają znajomi pary młodej. Para, która jest już ze sobą długo, ale nie potrafią zrobić kolejnego kroku, albo małżonkowie, którzy się sypią w każdy możliwy sposób, poza oczywiście seksualnym. Jest też apetyczna dziewczyna, na którą od lat ma ochotę apetyczny facet, a wszystko kręcone jest z ręki, przy pomocy małych, domowych kamerek. Na pamiątkę… Tylko potem nadchodzi noc panieńsko-kawalerska. A rano na siusiaku przyszłego pana młodego znajduje się ślad zębów…

Każdy z nas marzy o jednej takiej imprezie w życiu. Takiej, która będzie bez hamulców, za to podlana wszelkimi możliwymi używkami, którą będzie się wspominać nawet po latach. Trudno się więc dziwić, że twórcy filmowi wdzięcznie z tego motywu korzystają, dając widzom nadzieję, że im również uda się być na takiej balandze. W tym przypadku wszystko kręci się wokół seksu, związków, przyszłości, blablabla. Sprawy się komplikują, gdy pojawiają się ślady zębów. I teraz co zrobić? Przeprosić? Poprosić o wybaczenie? Mówić w ogóle? Cała historia opowiedziana jest z bardzo dowcipnego punktu widzenia, chociaż można tu też zauważyć nieco poważniejsze wątki. Nic jednak nie jest przesadzone.

Nie spodziewajcie się fajerwerków. To bardzo poprawna komedia typu imprezowego, idealna pod ćwiczenia, grę na konsoli, czy pracę. Nie ma problemu z wyłapywaniem wątków, aktorzy są fajni, a egzotyczny klimat w okresie wakacyjnym to zawsze dobry pomysł. Ale to jeden z tych filmów, o którym się zapomina zaraz po seansie.

ON:

Filmów o ślubach i weselach było chyba tak samo dużo, jak tych o śmierci i pogrzebach. Jedne z nich były śmieszne, inne smutne, a jeszcze inne tragiczne. „Drunk Wedding” sili się na bycie komedią, która w kilku miejscach jest nawet zabawna, ale za mało tego humoru, aby zaliczyć to kino do górnej półki. Wszystko spowodowane jest tym, że mamy do czynienia z produkcją, której zabrakło na siebie pomysłu. Ale zacznijmy od początku.

John i Elissa postanawiają wziąć ślub. Jednak ich wymarzone wesele nie odbędzie się na miejscu, ale w jakimś ciapakolandzie. Niby plenery są śliczne, ale czy to wystarczy, aby impreza była wyjątkowa i udana? W czasie gdy u młodych wszystko odbywa się w akompaniamencie pulsującej w uszach krwi, ich znajomi zjeżdżają się spokojnie na miejsce. Jeden ze znajomych, niejaki Phil postanawia dać każdej zaprzyjaźnionej parze małą kamerę i ma ona nagrać filmik z całej wycieczki. Na koniec wszystkie one zostaną złożone w jedną wielką opowieść ślubną. Zaproszone osoby to naprawdę bliscy znajomi Johna i Elissy. Kumplują się z nimi od kilku, a nawet kilkunastu lat. Znają się jeszcze z czasów szkoły. W takich sytuacjach dochodzi do różnych konfliktów, sprzeczek, a nawet romansów. Wychodzą na wierz brudy i niuanse, o których niektórzy chcą zapomnieć. Oczywiście wszystkich trzymają się głupie dowcipy.

W kurorcie mijają kolejne dni i przybliżają się one do ślubu. Scenarzyści zadbali o to, aby każdy z bohaterów miał swoje pięć minut w tym widowisku. Przedstawione przez nich problemy stworzone są po to, aby pokazać jak mogą zachować się niektórzy w sytuacjach kryzysowych, w momencie kiedy wszystko się wali i nie idzie tak, jakbyśmy chcieli.

Film nie jest długi, bo trwa około 81 minut. Dzięki temu szybko pozbywamy się uczucia znudzenia, które zaczyna w pewnym momencie rosnąć. Może niektóre skecze i gagi Was rozśmieszą, ale obstawiam, że będzie ich bardzo mało. Szkoda, bowiem film miał potencjał, ale z niego nie skorzystano. Produkcja raczej na raz i to jako zapychacz w momencie, gdy już nie macie co oglądać.