ONA:
Mam w notesie z pomysłami i inspiracjami miejsce na filmy – na produkcje, które albo mi ktoś polecił, albo do których chcę wrócić, albo które wypada obejrzeć, bo to klasyki, kamienie milowe, blablabla. I na tej liście jest też „Mąż” w reżyserii Bruce’a McDonalda.
Od czego zacząć… Wiem! Rozpocznę od tego, że ten film powinien być opatrzony definicją! „Mąż, czyli zmarnowane 80 minut życia”. Zmarnowane bezpowrotnie! Ale nie ma tego złego – powinnam się cieszyć, że to tylko 1 godzina i 20 minut. A! Dodam jeszcze, że to dzieło miałam wpisane w kategorię „ambitniejsze”. No i dostałam. Bruce Willis popatrzyłby na mnie z zawodem w oczach i znacząco kiwał głową…
Henry i Alyssa byli udanym małżeństwem. On zajmował się reklamą (tak mi się wydaje), a ona była nauczycielką. Wili wspólne gniazdko, wpatrywali się sobie w oczy, a potem pojawiło się dziecko, więc sielanka sięgnęła zenitu. I pewnie trwałoby to jeszcze dłużej, gdyby nie to, że kobieta wplątała się w romans. Cóż, zdarza się. Zdrady to zarówno w życiu, jak i w kinematografii temat skrajnie oklepany. W tym wypadku problem jest nieco inny. Alyssa zdradziła męża z czternastolatkiem. Kobieta dostała za to kilka miesięcy odsiadki, a w tym czasie jej ślubny dwoił się i troił, by pogodzić wszystkie obowiązki, które na niego spadły. Musiał też pokonać te wszystkie spojrzenia osób, które wiedziały o całej sprawie. Musiał podnieść swój własny honor i męską dumę. Wreszcie czas odsiadki niewiernej żony zbliżał się ku końcowi. Tylko w Henrym zaczęło narastać wiele złych i targających nim emocji. A co, jeśli zrobi to ponownie? A co, jeśli jest pedofilką? A co, jeśli przez te miesiące wyrwa między nimi zrobiła się tak ogromna, że nic nie można już z nią teraz zrobić?
Ten film jest nieznośnie nudny. Zrozumiałam o co w nim chodzi, podejrzewam, że wiem co autor miał na myśli, ale sposób, w jaki zostało to pokazane, zahacza o borowanie zębów – podobna przyjemność. Fabuła się smędzi, a sposób wykonania, czyli lekko poszarzały filtr, mizerna muzyka, przeciętni aktorzy, sprawia, że po 30 minutach chcesz to wyłączyć.
I jak mam się próbować przełamywać i szukać fajnych i nieco ambitniejszych filmów, skoro na ogół trafiam na takie paskudy? Zawsze potem z podkulonym ogonem wracam do Willisa, Stathama, Wahlberga obiecując im, że NIGDY WIĘCEJ!
ON:
Po ogromnej ilości komedii i filmów sci-fi, przyszedł czas na kino dramatyczne. Z filmowej półki wybraliśmy „The Husband” w reżyserii Bruce’a McDonalda. Niestety, pomimo dość poważnego tematu, film jest nijaki nudny i przegadany. Czy warto mu poświęcić 80 minut? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie poniżej.
Henry Andreas wymienia oponę w swoim samochodzie. W foteliku na przednim siedzeniu leży kołyska z małym dzieckiem. Gdy zrezygnowany mężczyzna skończy pracę, pojedzie dalej, do zakładu karnego, w którym przebywa jego żona Alyssa, matka dziecka. Kobieta jest z zawodu nauczycielką. Dlaczego trafiła do kicia? Ponieważ przespała się ze swoim nastoletnim uczniem. Co ją popchnęło do tej decyzji? Nie wiadomo, ale pewne jest jednak to, że jej mąż nie może sobie poradzić z tym, co się wydarzyło.
Henry nie radzi sobie w pracy. Jest zamknięty, wkurzony na cały świat i najchętniej by komuś pewnie jebnął. Problem jest taki, że facet to chucherko i każdy atak agresji odwróci się przeciw niemu. W opiece nad dzieckiem pomaga mu jakaś azjatycka opiekunka, która pewnego dnia odchodzi, widząc jak bardzo mężczyzna stacza się na dno. Jest w tym dużo prawdy. Facet bowiem rzuca pracę, a następnie zajmuje się „stalkowaniem” gówniarza, który puknął jego żonę. Chodzi po ulicach z miną smutnej, pobitej pandy. Stara się coś wymyślić, coś ze sobą zrobić, ale zupełnie mu to nie wychodzi. Trochę nie wie czego tak naprawdę chce. Z jednej strony ma dość żony, z drugiej – pragnie jej powrotu. Ze wszystkimi swoimi demonami musi sobie poradzić sam.
Na szczęście dzieło to trwa tylko 80 minut, każda kolejna mogłaby doprowadzić mnie do drgawek. Ten film nie ma niczego, czego byśmy wcześniej nie widzieli. Brak tu także wyjątkowej gry aktorskiej, czy innych elementów, które zasługiwały by na uwagę. To film, który obejrzymy i zapomnimy o nim tak szybko, jak tylko przelecą napisy końcowe. Dla mnie szkoda czasu. W czasie tych 80 minut można zrobić tysiące ciekawszych rzeczy, na przykład przeczytać kawałek dobrej książki.
