ONA:
„Piąta władza” to film, na który czekałam. Benedict Cumberbatch i fajny, ciągle aktualny temat, włożeni w jeden film biograficzny, to wystarczające powody, by coś mnie zainteresowało i zaintrygowało. I wszystko byłoby fajne, gdyby nie jeden element. Reżyser.
Kim jest Julian Assange? Najprościej mówiąc: aktywista internetowy zaangażowany przede wszystkim w projekt Wikileaks, gdzie pełnił funkcję redaktora naczelnego i rzecznika prasowego. Białowłosy jegomość wprost z Australii tak namieszał, że w momencie pojawił się na ustach całego świata. Z jednej strony – obrońca wolności i prawa do informacji, który z szyderczym uśmiechem upubliczniał wszystkie tajemnice największych państw, za co otrzymywał nagrody, m.in. od Amnesty International, z drugiej – jedna z najbardziej poszukiwanych osób na świecie, którą bez ogródek nazywano „zdrajcą”, którą należałoby stracić. A wszystko przez informacje – jak najbardziej tajne, które upublicznił i które namieszały okrutnie. Operacje wojskowe, mordy, procedury, krwawe rządy – od 9/11, po Guantanamo. I nie tylko. A wszystko boleśnie obnażone.
„Piąta władza” jest filmem biograficznym, który pokazuje nam tego pana „od kuchni” – jako lekko pieprzniętego człowieka z misją, który nie przebiera ani w środkach, ani w możliwościach, by dojść do… no właśnie. Do czego? Widzimy go z perspektywy jego byłego współpracownika, Daniela Berga, któremu znudziło się korpo-życie i który u boku swojego idola postanowił zrobić coś dla potomnych, coś, co zmieni bieg historii. Dawniej: były to odkrycia, wojny, wynalazki. Teraz: to pokazanie prawdy, której przeciętny ludzki łazik z Ziemi, nie jest w stanie nawet zrozumieć. Rozpoczyna się walka, w której nie do końca wiadomo, kto jest tym złym, a kto dobrym.
Zacznę może od Cumberbatcha – jak to jest, że koleś, który wygląda jakby był po nieudanej operacji plastycznej, jest tak fascynującą postacią? Nie potrafię od niego oderwać wzroku, a w „Sherlocku” go kocham totalnie. W swoje role wchodzi bardzo sugestywnie, szalenie brawurowo – ma tą umiejętność, której mogą mu pozazdrościć inni – bezpardonowo „staje się” bohaterem filmu, w którym gra. Assange w jego wersji jest genialny i apodyktyczny, jest kruchy i przestraszony, ale też dumnie prący ku prawdzie. Zgarnia jednym ruchem całą warstwę aktorską w tym filmie. Łyka wszystkich i wszystko, i bez wątpienia jest najmocniejszym punktem. A reszta? No ok, może to zbyt mocne słowa, ale „Piąta władza” jest filmem nudnym i moim zdaniem, to wyłącznie wina pana reżysera – Billa Condona. Jak patrzę na jego filmografię, tak bardzo kuje mnie w oczy ostatnia część Sagi „Zmierzch”, że już cała reszta zupełnie nie ma sensu. W „Piątej władzy” stosuje mnóstwo tricków, które mają tę historię podrasować, nadać jej tempa, ale sorry – skakanie po różnych lokalizacjach, wprowadzanie jakiś dziwnych bohaterów, niezbyt do mnie dociera. Sama fabuła również jest nieco naciągana. Za wszelką cenę miesza się tu wątki, które nie mają zupełnie sensu. To dzieło jest zrobione pod oczekiwania przeciętnego widza, który najpewniej zacznie używać wiedzy, zdobytej po filmie, w codziennym życiu. A, jak mówi sam główny bohater, ma ona niewiele wspólnego z prawdą.
Sztampa & nuda.
ON:
Informacja we współczesnym świecie jest bronią, jest cenniejsza niż złoto i może zabić więcej osób, niż nie jedna bomba. Poufne tajemnice wojskowe i państwowe to zagrożenie i jeśli wpadną w niepowołane ręce, mogą wywołać wojny. Ktoś kiedyś powiedział: “Im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz”.
Czasami dobra wiara, to że chcemy podzielić się z kimś wiedzą, może spowodować ogromne i nieodwracalne straty. Julian Assange, który w 2006 roku założył WikiLeaks, jest najlepszym przykładem na to, że władza jaką posiadamy w naszych rękach, może sprawić więcej cierpienia, niż przynieść korzyści.
Gdy pierwszy raz przeczytałem o WikiLeaks, byłem pod ogromnym wrażeniem, ponieważ grupa mniej lub bardziej znanych osób, hackerów, programistów i dziennikarzy wyciągnęła na światło dzienne informacje, które bardzo szybko obiegły cały współczesny świat. Zapisy z rozmów pomiędzy pracownikami wysokiego szczebla w USA, tajne rozkazy i filmy amerykańskiej armii, korupcja i machlojki w bankach. To tylko część góry lodowej, jaką ujawniono. „Piąta władza” w reżyserii Billa Condona, to opowieść o początkach przecieków oraz starcie całej organizacji non-profit. Przede wszystkim to opowieść o dwóch silnych charakterach, które muszą stoczyć ze sobą walkę na argumenty i na zasady. Po jednej stronie mamy Juliana, wierzącego w swoją misję, zapatrzonego w siebie z ogromnie wielkim ego. Nie ma dla niego przeszkód i nie ma zasad, najważniejsze jest ujawnienie „prawdy”. Po drugiej stronie stoi jego oddany współpracownik – Daniel Berg, facet oddany sprawie, wierzący w dobre intencje WikiLeaks oraz ojca tejże organizacji. Kolejne dni i miesiące spędzone przy boku białowłosego przywódcy powodują, że przeciera oczy i zdaje sobie sprawę jak bardzo różni się to, czego się spodziewał od stanu faktycznego.
„Piąta władza” to niestety nudny dramat. Historia opowiedziana przez reżysera przeplata się z oryginalnymi newsami telewizyjnymi, pojawiającymi się po publikacjach Assange’a. Nie jest to film szpiegowski, pomimo, że znajdują się w nim sceny opowiadające o pracy wywiadu, ale jest ich mało i brak w nich emocji. Prawdopodobnie dzieło Billa Condona miało być swoistym rozprawieniem się z mitem, z osobą Juliana. Uważam, że można sobie odpuścić.
