Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

KSIĄŻKI

E. L. James – “Fifty shades darker”

ONA:

Przyznam szczerze, czekałam na drugą część przygód sadystycznego Greya. Czekałam, wiem, powinno mi być wstyd. Ale nic na to nie poradzę, potrzebuję czasami uwłaczającego odmóżdzenia w postaci „Jersey Shore”, „Transformesrów” albo pseudo-romansidła. Z tego miejsca pragnę przeprosić mój dyplom skończenia studiów…

Pierwsza część powieści „50 shades of Grey” mnie uwiodła. Zupełnie nie rozumiem hejtingu z wszystkich stron, oskarżania o treści pornograficzne, o uwłaczanie kobietom i kobiecości. Fakt, najpoważniejszym zarzutem jest to, że napisana zostałam językiem tak prostym, że przeciętna nastolatka potrafiłaby złożyć bogatsze zdania, ale cóż. Nie wymagajmy od wszystkich autorów, by tworzyli barwne metafory, z bogatymi opisami i wielokrotnymi dnami. Lubię czytać poważną literaturę, klasyki, które miażdżą mi umysł, ale mam też takie momenty, kiedy mój umysł, zmęczony pracą, kolejnym niewyspaniem, kolejnymi obowiązkami, chce przyswoić coś lekkiego. Bo historia Grey’a jest przede wszystkim lekka. Odmóżdża.

Pierwsza część skończyła się nagle. Koleś przełożył przez kolano swoją ukochaną, złoił jej solidnie dupę, zresztą, na jej prywatne życzenie, po czym ona go rzuca. I w tym momencie startuje drugi tom. Ona jest załamana, wypłakuje oczy, tuli balonik, ale chce się za wszelką cenę pozbierać. Idealnym startem wydaje się nowa praca, która przynajmniej na kilka godzin powstrzyma ją od płaczu. I nagle po raz kolejny jej droga życiowa zostaje przecięta przez boskiego Christiana. On ponoć też mega rozpaczał po rozstaniu, ale robił to nieco inaczej. On składał model i ponoć myślał. Teraz już wie, że dla Any jest w stanie zrezygnować z swoich preferencji, byle tylko jej nie stracić. Idiota. Ana dalej jest ekstremalnie irytującą bohaterką, która sama nie wie czego chce. Ma niby jakieś zasady, ale ciągle je nagina. Do tego jest bardziej rozbudzona seksualnie niż niejeden opryszczony gimnazjalista, co po kolejnej dziesiątce stron najnormalniej męczy. Ona chce, ale nie wie czy chce. Każde kolejne zdanie to znowu odpowiednia dawka wahań. Do porzygu. A Christian z kolei, z każdą kolejną stroną, z kolejnym rozdziałem, staje się coraz większą pierdołą. Kurde, gdzie ten uroczy diabeł wcielony, ze świerzbiącą ręką, skorą do wymierzania kolejnych klapsów?! Czemu autorka zrobiła z niego taką pierdołę? Książka dalej ma ogromną ilość niedopowiedzeń i tajemnic, szczególnie w temacie około-christianowym i nie powiem, mnie to interesuje, ale wolałabym wyłożenie kawy na ławę, a nie ciągłe błądzenie. Ale najbardziej wkurza mnie, mega irytuje sposób prowadzenia rozmów przez bohaterów. One są wszystkie na jedno kopyto. Ba, nawet ten ponoć cały śmieszny sex głównych bohaterów zawsze, ale to zawsze jest taki sam. Ona patrzy i przygryza wargę, on patrzy i się uśmiecha. Potem ona kręci biodrami, a on napiera na nią swoim małym, ale dzielnym przyjacielem. Wyjmuje paczuszkę, ona zakłada mu zawartość i jedziemy. „Och Ana!” miesza się na zmianę z „Och Christian!”, a ja znudzona ziewam, bo więcej akcji widziałam na Discovery, oglądając film z lwami. Coraz częściej za to pojawiają się kolejni bohaterowie, coraz więcej wiemy na temat tajemniczej pani pedofilki, ze skłonnościami sado, która zrobiła z Christiana „potwora”. Pojawia się również Jack, szef Any, który coś czuję, solidnie namiesza w części trzeciej (już w styczniu!).

Przeczytałam szybko, bez emocji, bez rumieńców, bez szału. Przeczytałam, bo jestem ciekawa. I przeczytam też trzecią część, żeby zobaczyć, czy da się zakończenie jakieś sagi spierdzielić bardziej, niż w przypadku „Zmierzchu”.

A! I co ciekawe, zaczęłam widzieć bohaterów w ciałach znanych i popularnych aktorów. Niestety.

Jeśli ktoś zarzucał pierwszej części grafomanię, to nie radzę czytać kolejnej. To dopiero ckliwy bełkot.