ONA:
W przypadku serii o facetach w czarnych garniturach można stwierdzić, że zaczęli dobrze, a potem było już tylko gorzej… Jest tak strasznie źle, tak tragicznie, że osobiście mam nadzieję, że nikt już nigdy tego kotleta nie odgrzeje.
Kiedy w 1997 roku poznaliśmy przygody agentów specjalnych, zajmujących się istotami pozaziemskimi, którzy osiedlili się na ziemi, było pięknie, fajnie i śmiesznie. Duet Will Smith i Tommy Lee Jones okazał się całkiem udany, mimo, że zupełnie różny. J – były policjant, obecnie nowicjusz w agencji, jest jeszcze żółtodziobem. Jeszcze są rzeczy, które go dziwią i zaskakują. Z kolei K – stary wyjadacz, widział już wszystko. Dla niego kolejna pozaziemska forma istnienia, z różnymi ciekawymi ficzerami, jak odrastająca głowa, czy jądra pod szyją, to norma. Ale nie grozi mu wypalenie zawodowe, oj nie. On oddał całe swoje życie pracy, która przynosi mu mnóstwo satysfakcji. Szczególnie, gdy dostaje nowego, jeszcze nie obrośniętego w piórka partnera. Okazuje się, że nasza Mateczka Ziemia jest bazą, w której mieszkają ogromne ilości kosmitów, w ludzkich ciałach. Znaleźli tu schronienie, dom, przestrzegają praw, płacą podatki, a przynajmniej mają to robić. Jednak od czasu do czasu bywają mało poukładani i wtedy do akcji wchodzi agencja. Większość informacji znajdują w brukowcach, gdzie po raz kolejny ktoś chwali się tym, że widział UFO. I jak się okazuje, coś w tym jest. Za pomocy neutralizatora kasują pamięć świadków i znowu jest wszystko cacy. Do czasu. Teraz na ziemi pojawia się Robal, ufok okrutny, który szuka galaktyki… Nasi dzielni agenci muszą uchronić Ziemię i mieszkańców.
Pięć lat później twórcy stworzyli drugą część przygód. Łatwo się domyśleć, że pierwsza musiała zakończyć się dobrze. Tym razem głównym złoczyńcom z innej części Wszechświata nie jest ohydny Robal, a przepiękna Serleena. Nasi bohaterowie trochę zaczynają się nudzić. K stał się przeciętnym obywatelem, trochę pierdołowatym, ale organizacja MIB jest bezpieczna, jego obowiązki przejął J. Ale świat znowu staje przed ogromnym, acz seksowym zagrożeniem. Agencja potrzebuje agenta K. Tylko jak można komuś zneutralizowanemu wpoić, że jeszcze niedawno był członkiem ekstremalnie tajnej organizacji, która zajmuje się kosmitami. Ale K jest cwany. Podejrzewał, że kiedyś zdecyduje się na takie posunięcie, więc zostawił sobie mnóstwo wskazówek, które mają mu od nowa poukładać głowę. W tej części pojawia się kolejny agent – Frank, w ciele absolutnie uroczego mopsa, który śpiewa szlagiery disco. Tak, zakochałam się w nim totalnie i jak kiedyś zdecydujemy się ponownie wrócić do posiadania psiaka, to będzie to mops, będzie miał na imię tak jak bohater z filmu i też będzie miał uroczy, czarny garniaczek. Postanowione!
Część póki-co-ostania (i-oby-ten-stan-utrzymał-się-jak-najdłużej) miała w teorii pięknie zamykać wszystkie dotychczasowe wydarzenia. Cofamy się więc w czasie. Właściwie, taką podróż funduje sobie J. Znowu śmiertelne zagrożenie, znowu mnóstwo wyzwań, a na końcu czeka nas dość zaskakująca scena, w której dowiadujemy się, że poznanie J i K wcale nie było przypadkowe.
I słowem podsumowania. Generalnie, pomysł nie był zły. Poważnie, nawet mi się podobały te glutowate istoty, które pojawiły się w pierwszej części. Do tego duet, składający się z głównych bohaterów jest rewelacyjny. Spokojny, starzejący się z każdym oddechem Tommy i młody, pełny energii Will i jego odstające uszy. Ale z każdą kolejną częścią robi się coraz nudniej. Do tego w trzecim odcinku mamy bardzo mało Tommy’ego, a ustalmy coś – on jest najwybitniejszym aktorem w całej tej garniturowej sadze. Szkic fabuły zawsze jest ten sam, zwycięstwo zdaje się być obligatoryjne, a zaskoczenie czeka na nas dopiero w ostatniej części, która paradoksalnie, jest najsłabsza i najnudniejsza. W pierwszej części poznajemy głównych bohaterów. W drugiej pojawiają się jakieś komplikacje, zakończone oczywiście happy endem, natomiast trzecia część pozwala nam przenieść się w czasie, co jest tak okropnie oklepanym pomysłem, że makaron z serem wydaje się ciekawszy. Można obejrzeć. Raz, bo potem większość osób uświadamia sobie, że kolejne seanse zdają się być zupełnie bezzasadne.
Filmy typowe, momentami nudne, momentami śmieszne. Z całkiem niezłymi pomysłami na bohaterów, z całkiem niezłym wykonaniem, ale mimo to. Makaron z serem.
ON:
Pomysł był taki. Jest sobie organizacja MiB, “Faceci w czerni”, która ochrania ziemię i jej mieszkańców przed istotami pozaziemskimi. Składa się ona z grupy agentów, a ich imiona są po prostu literami. Więc całością dowodzi Zed, jest Jay i Kay oraz cała reszta alfabetu. Mieszcząca się w środku miasta siedziba “agencji” jest także podziemnym portem, tranzytem dla obcych. Dzięki temu wiadomo jakie szumowiny odwiedzają naszą planetę. Ten pomysł był tak ciekawy, że dwóch panów postanowiło zrobić z niego powieść graficzną, potocznie zwaną komiksem. To kilkutomowe dziełko wydane zostało przez Aircel Comic, a potem trafiło pod skrzydła Marvela. I wtedy się zaczęło.
Historia spodobała się kilku osobom w Holywood i w 97 roku na ekrany kin weszła pierwsza część tej kosmicznej komedii. Miała ona trochę wspólnego z komiksami, trochę była spin-offem, ale jak na ówczesne lata, dawała kawałek świetnej zabawy. Na pewno była to zasługa Willa Smitha oraz Tommy’ego Lee Jonesa, którzy fantastycznie wcielili się w agentów „dżej” i „kej”.
A ogólnie to chodzi o to, że z kosmicznej otchłani na naszej planecie ląduje sobie dość brzydki robak, który szuka „galaktyki” – można nazwać ją bronią, mogącą doprowadzić do naszej zagłady. Robaczek przywdziewa skórkę obleśnego „rednecka” i w tej postaci subtelnie wyrusza na poszukiwania. Zanim na dobre rozpocznie się akcja, poznamy jeszcze historię wcielenia „dżeja” w szeregi MIB. Od tej chwili duet składający się ze starego wyjadacza oraz zółtodzioba musi zrobić wszystko, aby uratować naszą planetę, a może i wszechświat. Pomysł nie był zły, wykonanie także całkiem, całkiem jak na tamte lata. Kosmici byli śmieszni, pomysłowi, ba film nabijał się z najsławniejszych. Na ekranach w siedzibie „facetów” są cały czas namierzani najdziwniejsi kosmici. Mamy więc na nich „Sylwka Stalowego” oraz „Majkela chcę być biały Dżeksona”. To są smaczki, którymi bawi się reżyser i scenarzysta. Jest ich w filmie wiele, a ich wyłapywanie daje dużo radości. Pierwszy film z serii był najlepszy, co nie oznacza, że to jakieś wybitne dzieło. Po prostu w porównaniu z 2-jką i 3-jką jest najlepsze.
Mija kilka lat. Agent Kay wylądował na poczcie, gdyż wypalił się ciągłym uganianiem się za kosmitami. Jay ma nowego partnera, który głupi jest jak wiaderko gwoździ. Pewnie z tym kretynem uganiałby się przez kolejne części, ale wydarzyło się coś niespotykanego. Na szczęście Jaya i nieszczęście ziemian na naszej planecie pojawia się demoniczna Serleena, której tajemnice zna tylko będący na emeryturze były agent. Historyjka jest taka sobie, ani nie zachwyca, ani też bardzo nie nudzi. Trochę biegania, kilka gadżetów, trochę strzelania. Najlepszą rolę w filmie ma jednak „Frank”, którego wykonanie „I Will Survive” jest wprost urocze. Zakochany jestem w nim od pierwszego „szczeknięcia”. Oczywiście, Panowie w czerni pokazują klasę, ratują galktykę, czyli standard.
No i nastał rok pański 2012, w którym na ekrany trafia 3 część historii o panach w czarnych garniakach. Niestety, najsłabsza z całej trylogii. Z jednej strony zamyka ona pewien rozdział, łączy wybrane elementy i dużo wyjaśnia, z drugiej – nie ma w niej nic czego nie było wcześniej. Nawet efekty specjalne są dla mnie takie jak naście lat temu i trącą trochę myszką. Szkoda, bo scenarzyści i reżyser mieli ogromne pole do popisu. Ogólnie z więzienia ucieka „Borys Bestia”, którego wiele lat wcześniej wsadził tam, wtedy jeszcze młody, agent Kay. Cała historia sprowadza się do podróży w czasie, do dnia kiedy nastąpiło sławne aresztowanie, do 16 lipca 1969 roku, kiedy to Apollo 11 startował z “księżycową” misją. W scenariuszu maczał palce Etan Cohen, ten sam, który po części dał „Madagaskar 2” i „Jaja w tropikach”. Niestety, nie uratowało to filmu, a scen do śmiechu jest jak na lekarstwo. Z ciekawostek, tym razem na ekranie obserwowanych kosmitów jest Lady Gaga.
Seria “Man in Black” zjadła swój ogon, dosłownie i w przenośni. Oglądając kolejne filmy jeden po drugim widać to bardzo dobrze. Mam nadzieję, że czwarta część, jeśli takowa powstanie, wyjdzie już spod innych rąk, ponieważ reżyser – Barry Sonnenfeld lekko się wypalił. Tak czy inaczej, tą trylogię raz warto zobaczyć w całości.
