ONA:

Urok lekkiej literatury, takiej tylko dla odmóżdżenia poznałam na ostatnim roku studiów, kiedy po raz pierwszy zaczęłam żałować, że doba ma tylko 24 godziny. Studia dziennie, pełny wymiar pracy, do tego napinka, żeby szybko napisać magisterkę, a co za tym idzie – nos w pedagogicznym bełkocie. Kiedy już mogłam położyć się do łóżka, za cholerę nie potrafiłam zasnąć, bo natłok myśli odbierał mi spokój. Co mam jutro załatwić? O czym mam pamiętać? Czy uda mi się uciec z zajęć, żeby o 12 być już w pracy? Aaaa!!! Potrzebowałam solidnego odmóżdżenia. A ukojenie znalazłam w książkach Stephenie Meyer o Belli, wilkołakach i wampirach. Mój mózg, po przegrzaniu kolejnymi pedagogicznymi publikacjami potrzebował czegoś lekkostrawnego. „Zmierzch” i pozostałe części dały radę. A kiedy moja sytuacja zawodowo-studencka się już unormowała, znowu mogłam czytać cięższe kalibry, z pełnymi i głębokimi analizami, wielokrotnie rozbudowanymi opisami itd.

Minęło kilka lat. Po babskiej stronie internetu, którą załóżmy śledzę, a która objawia się pod postacią różnych urodowo-modowych blogów, szczególnie tych zachodnich, pojawiły się wpisy wychwalające pod niebiosa książkę E. L. James „Fifty shades of Grey”. I jak to było w przypadku wspomnianej już pani Meyer, J. K. Rowling, Candace Bushnell czy Helen Fielding – jedna książka stworzyła nową manię. Tym razem pod mroczną postacią Christiana Grey, przystojniaka, bogacza, faceta nieziemskiego, który lubuje się w BSDM. Tak, czekałam na polską premierę wręcz z wypiekami na twarzy i gdy Dave oznajmił mi, że moja książka czeka na mnie w pobliskim Empiku, pędziłam po nią jak szalona. I dobrze, że to był piątek, bo pożarłam połowę w pierwszą noc z nią.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” to pierwsza część trylogii, którą czyta się z rumieńcem na twarzy. Główną bohaterką jest Ana, właściwie Anastasia, ale dwudziestojednolatka woli, by mówić do niej skrótem. Właśnie kończy studia. Mieszka ze swoją przyjaciółką Kate i właściwie sama nie wie czego chce. Jest zagubiona, nieśmiała, nigdy nie była w żadnym związku (jest również dziewicą), a mężczyźni ją jedynie zawstydzają. Puszcza buraka na twarzy przy każdej lepszej okazji. Kiedy więc chora na bebeszki Kate prosi ją, by pojechała do Seattle, by przeprowadzić wywiad z panem Grey, Ana jest bardziej niechętna, niż chętna, ale godzi się. I to jest pierwsze spotkanie naszych bohaterów. Pierwsze, ale odmieniające jej i jego życie. Christian ma wszystko. Zaczynając od boskiej urody, przez bogactwo i potęgę, na idealnym życiu skończywszy. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Jest wpływowy, wszyscy jedzą mu z ręki, a kobiety w jego towarzystwie rozpływają się jak masło na patelni. Ana też jest pod jego wpływem, mimo, że widzi go pierwszy raz. Christian jest po prostu boski… Ale za wszelką cenę skupia się na powierzonej jej pracy, mimo, że kolana miękną, serce bije mocniej, przez co krew spływa wszędzie tam, gdzie rodzi się pożądanie. Jeszcze nie jest świadoma czemu tak się dzieje, czemu on tak na nią działa. Ona jeszcze nie wie, że to spotkanie nie jest pierwsze i ostatnie.

Losy Any i Christiana mocno zaczynają się przeplatać. Wzajemna fascynacja buzuje, ale Szary jest dziwny, jednocześnie ją do siebie przyciąga tym, co dla niej robi i odpycha formalnością i podejrzanymi tekstami. Ale owszem, w końcu nasi bohaterowie zostają kochankami, ale nie zwykłymi, bowiem ma ich połączyć pewna umowa. Pomiędzy nim a nią. Pomiędzy panem, a uległą. I od tego miejsca zaczyna się nieustanny seks, ostry, dziki, brutalny. Seks, który fascynuje, elektryzuje, który pobudza nie tylko bohaterów, ale i czytelników. Ana jest absolutnie zafascynowana tym, co daje jej Grey. I jednocześnie boi się go, przeraża ją jego pokój zabaw (który ona nazywa pokojem bólu), nie potrafi zrozumieć dlaczego jego takie rzeczy kręcą, tego, że on nie pozwala się dotykać, że jest tajemniczy, a ona de facto nie wie o nim nic a nic. Przez całą książkę te wątpliwości mieszają się z opisami dzikiego seksu – typowa baba.

Zwolennicy powieści podkreślają, że pobudza ona zmysły, przenosi w inny świat do tego stopnia, że ciężko się od niej oderwać. Przeciwnicy z kolei kpią z grafomańskiego języka, z gloryfikowania dewiacji, seksu i wykorzystywania. Porno dla znudzonych kur domowych. Cóż, każdy kij ma dwa końce. Mnie wciągnęła. Przeczytałam ja w trzech posiedzeniach i fakt – nie mogłam się oderwać. To, że pisana jest w lekki sposób i opisuje dość nietypowy stosunek do hmm stosunku, jest tajemnicą całego sukcesu. Bez zbędnych ceregieli, bez niepotrzebnego patosu. Są przekleństwa, jest uwodzenie, flirtowanie, dalej – jest seks. Seks waniliowy, po którym kochankowie spleceni zasypiają w łóżku, ale jest też ostre, wyuzdane rżnięcie. Nie do końca rozumiem zarzutu, że książka wypacza myślenie. Bohater nigdy nie krył się ze swoimi nietypowymi ciągami, a bohaterka do niczego nie była zmuszana. Ba, śmiem twierdzić, że odpowiednia ilość orgazmów sprawiła, że chce więcej, nawet pod groźbą biczowania i zbierania klapsów. Póki co jednak Ana sprawia wrażenie dość infantylnej bohaterki, czasami bywa wręcz głupia i irytująca, ale bezsprzecznie – tą książkę warto przeczytać dla Greya.

Czekam z jeszcze większą niecierpliwością na kolejne tomy i pewnie w końcu na ekranizację, ale na Teutatesa – przeczytałam na pudelku, że w głównej roli ktośtam widział Bibera! NIE!

Polecam. I paniom, i panom.