ONA:

Każdy fanatyzm, niezależnie czy polityczny, religijny, sportowy czy jakikolwiek inny, to jedna z ostatecznych form kretynizmu. Mój umysł jest chyba zbyt ograniczony by pojąć to, jak można wysadzać się w imię pewnych urojonych koncepcji, obietnic zupelnie bez pokrycia i całej reszty bzdur. Nie ogarniam też jak można doszukiwać się wyższości pewnych ras, narodowości, jak i tak wiadomo, że to Ludność Śląska pochodzi w bezpośredniej linii od bogów wszelakich. Ale chyba najbardziej nie ogarniam fanatyzmu sportowego. Mnie to nie dotyczy zupełnie. Ja z ledwością odróżniam drużyny, ale czasami obserwuję przez pryzmat portali społecznościowych to, jak ludzie przeżywają mecze, pojedynki, wyścigi i całą resztę. Poza cholernym (i chorym) oddaniem dla swoich idoli, zewszd wylewa się słodka agresja… A wszystko w imię chorej wiary.

Gil Renard (Robert De Niro) to mężczyzna w średnim wieku. Małżeństwo co prawda mu się nie udało, ale ma syna, którego bardzo kocha. Pracuje jako akwizytor, chociaż w pracy też nie ma zbyt łatwo. Generalnie – źle się dzieje, jest coraz gorzej. Ale to wszystko się nie liczy. Te wszystkie problemy to błahostki. Dlaczego? Gil jest fanatycznym fanem pewnej baseballowej drużyny i właśnie zaczyna się nowy sezon. Oczekiwania sympatyków klubu są ogromne, bowiem do szeregów zespołu dołącza Bobby Rayburn (Wesley Snipes) – prawdziwa gwiazda w tej dyscyplinie, która ma zagwarantować pełny sukces klubowi, a fanom niezapomniane wrażenia i szansę uczestniczenia w triumfie. Również oczekiwania Gila są ogromne. Z niecierpliwością czeka na pierwszy mecz sezonu. Tymczasem w sportowych kuluarach zaczynają się problemy. Najpierw ktoś zaczął kpić, że Rayburn wcale nie jest wart 40 milionów zielonych, jakie za niego zaoferowano, potem pojawiają się problemy z numerkami na strojach, a na końcu się okazuje, że to nie Bobby staje się gwiazdą i ostoją zespołu. Wręcz przeciwnie. Tak, to będzie interesujący i nieoczywisty sezon… Szczególnie, że w Gilu coraz bardziej buzuje przekonanie, że za wszelką cenę musi swojemu idolowi pomóc w osiągnięciu sukcesu. A Renard to nie jest facet, który przebiera w środkach…

Film, w którym De Niro gra psychola jest z góry skazany na wieczną zajebistość. Ten niepozorny aktor kradnie całą fabułę, a w roli obsesyjnie zapatrzonego w idola fana -sprawdza się jak nikt. Jego obłęd jest namacalny, przerażający i nieokiełznany. Gil w skórze De Niro to geniusz i cwana bestia jednocześnie. Nigdy nie wiemy do czego będzie zdolny, co jeszcze zrobi, a wierzcie mi – robi dużo. Cała historia osadzona jest w malownicznych kadrach miasta, z których Tony Scott słynął, ale są one bardzo nienachalne i stanowią jedynie tło. Zresztą, mając tak genialnego aktora, jakim bez wątpienia jest De Niro, wszystko staje się tłem, a widz skupia się wyłącznie na jednym punkcie.

„Fan” to dzieło wybitne, jedno z czołowych, jakie udało się stworzyć starszemu Scottowi. Jest świetnie wyważone, ma fajną fabułę, w której napięcie budowane jest subtelnie, aż do samego finału. To bardzo interesująca i intrygująca pozycja, w gatunku thriller psychologiczny, a muzyka (Rolling Stones i Santana – heloł, ja jestem kupiona!) oraz specyficzny montaż sprawiają, że całość ogląda się dobrze i świeżo – nawet po latach.

ON:

Myślę, że granica pomiędzy byciem fanem, a fanatykiem, jest bardzo krucha. Delikatna, cienka linia może zostać przerwana z dnia na dzień, z minuty na minutę. Fan wydaje się być niegroźnym wielbicielem, fanatyk zaś staje się szalonym narzędziem w rękach losu. Może być nieobliczalny, niebezpieczny i agresywny. Aby zrozumieć siły kierujące takim psychofanem, trzeba wejść do jego głowy, postarać się rozłożyć na czynniki pierwsze jego tok myślenia. W takiego domorosłego psychologa możemy się pobawić przy seansie „Fana” w reżyserii Tony’ego Scotta.

Moim zdaniem to jeden z najlepszych filmów w karierze tego reżysera. Na pewno duży wpływ na wyjątkowość „Fana” mają aktorzy. De Niro wcielający się w rolę Gila Renarda, fanatycznego wielbiciela baseballa, który zaczyna mieć problemy z rozróżnieniem tej delikatnej granicy, o której pisałem na początku. Do tego dochodzi rola Snipesa, grającego Bobby’ego Rayburna – mającego problemy gracza ligii.

Gil Renard pracuje jako handlowiec w firmie, którą stworzył jego ojciec. Coś jednak poszło nie tak, bowiem kto inny zarządza biznesem, a on pomyka po lokalnych przedsiębiorcach i pociska im noże, nożyki, kosy i innego rodzaju broń białą. Praca niewdzięczna, często odbija się bowiem od drzwi potencjalnych klientów, dodatkowo nad jego karkiem wisi topór, który może odciąć go od pieniędzy, jeśli nie wyrobi miesięcznych planów. Bardzo dobrze widać, że facet jest na warunkowym. Gil jest także ojcem, tyle, że jego syn mieszka z matką i jej nowym facetem. Rola taty nie jest mu pisana. Gdy po raz kolejny daje ciała, sąd zakazuje zbliżać się do syna, co jest dla niego jedną z największych kar.

Warto dodać, że Gil jest wielkim fanem baseballu, od zawsze kibicuje drużynie Giantów, sam także grał w młodości, ale kontuzja nie pozwoliła mu kontynuować kariery. Teraz zbiera gadżety, jeździ na mecze i dzwoni do radia, w którym dziennikarka sportowa prowadzi program związany z jego ulubioną dyscypliną sportową. Często podczas audycji wylewa swoje żale, a także wstawia się za Bobbym Rayburn’em, za którego zapłacono 40 milionów dolarów, a którego gra wydaje się nie być tyle warta. Gdy Gil idzie na dno, jego życie się rozpada, postanawia wziąć się za „zagubionego” baseballistę i pomóc mu wrócić do formy. Co najważniejsze, fan zrobi wszystko, aby jego idol znów wrócił na szczyt.

„Fan” jest thrillerem psychologicznym. Bardzo dobrym thrillerem, który świetnie się ogląda i który co najważniejsze – trzyma w napięciu. Nie ma tutaj psychola pokroju Johna Doe z „Siedem”, Gil jest przerażający na swój specyficzny sposób. Jego zachowanie, brak hamulców i wybuchowość, to atuty, które ciężko kwestionować. Pomimo swojego wieku (premiera w 1996) to nadal świetne kino. Polecam.