ONA:

Luty będzie miesiącem ciężkim, wypełnionym nie tylko pracą „u podstaw”, ale i remontem w domu, który pochłania mnóstwo czasu i energii, bo przecież o pieniądzach wspominać nie muszę. Niedawno przyszła do nas paczka z BRowymi wersjami czterech pierwszych Batmanów – tak mieliśmy zacząć ten tydzień. Potem miało być kilka świeżynek, o których wszyscy mówią, a od początku nowego tygodnia, chcieliśmy wejeść z serią erotyków, bo to przecież całkiem dobre filmy mogą być. Na liście m.in. „9 i pół tygodnia”, „Ostatnie tango w Paryżu”, czy „Gorzkie gody”. Jak jest? Ciężko. Pracowicie. Z totalnym brakiem czasu na wieczorne seanse przed telewizorem/monitorem, bo wtedy na placu budowy pojawia się druga zmiana. Ściany schną, a my bierzemy się za inne rzeczy. Kurz towarzyszy nam na każdym kroku, wilk na wygnaniu piętro niżej, a zmęczenie przybiera skrajne formy. Ale dość jęczenia – chcieliśmy, to mamy. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Przedstawienie trwa dalej!

Niedawno pisałam na blogu o pewnej biografii, która skradła moje serce totalnie. Wpadłam przez nią w jakąś ogromną obsesję i połykam wszystko, co tylko związane jest z jej główną bohaterką. Elżebieta Wielka – rudowłosa królowa, monarchini odważna, konkretna, która z absolutnym oddaniem rządziła państwem. Wszystko dla dobra jej poddanych. I nie ukrywam, podchodzę do niej zapominając o obiektywnej ocenie. Dla mnie jest bohaterką historyczną, która budzi mój podziw. To symbol siły i walki o przekonania, ale z ogromnym poczuciem własnej wartości i wolności. I niezbyt często jest tak, że druga część jakieś historii potrafi być jeszcze lepsza od swojej poprzedniczki. Szczególnie, że ekipa twórców praktycznie się nie zmieniła. „Elizabeth: The Golden Age” to film, który brawurowo podsumowuje to, jaką osobą była królowa Elżbieta I. Z racji urodzenia i pełnionej funkcji, można było gdybać, że jej życie usłane było różami. Tymczasem, w zamkowych komnatach mieszkała przede wszystkim osoba, a nie instytucja. Pełnokrwista postać, którą nękały obawy, strach, która roczyła walkę z innymi osobami, ale i ze samą sobą. Rządziła krajem – nie mogła podjąć żadnej decyzji bez „konsultacji” doradców. Jej „ludzkie”   strony i pragnienia musiały zostać schowane pod królewskimi płaszczami, ale one nadal tam siedziały. A do tego wszystkiego – Hiszpania zaczęła ostrzyć zęby na ziemię angielską. Zatem wojna: ze sobą, o siebie i o kraj.

Pierwsza część filmowej historii Elżbiety powstała w 1998 roku. Kolejna 9 lat później. Widać to. Nie trzeba być znawcą kina, by dostrzegać zmiany, jakie zaszły. Nie tylko aktorzy się postarzeli i wzbogacili swoje umiejętności. Dobrze rozwinęło się samo „robienie” tego typu produkcji. Snuje się ona (w tym dobrym znaczeniu) trochę jak baśń, ale jest też dynamiczna, wciągająca od pierwszych, po ostatnie ujęcia. Są tam treści obyczajowo-historyczne, jest trochę dramatu, ale i romansu, to i mistrzostwo świata, jeśli chodzi o ujęcia i zdjęcia – moment walki na morzu, pomiędzy Armadą a flotą brytyjską. Kapitalnie to wygląda – całość zapiera dech w piersiach. Ja oglądam to dzieło w nieustającym zachwycie, bo każdy element tej produkcji jest bardzo dokładnie dopracowany. Aktorsko – do Cate Blanchett i Geoffrey’a Rush’a dołącza Clive Owen – bardzo zadziorny i intrygujący, a także przepiękna Abbie Cornish. Fabularnie – jest jeszcze lepiej, niż w części pierwszej. Pojawiają się nowe wątki, ale całość jest połączona z sensem. Ta produkcja jest idealnie wyważona i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Dodatek „waleczny” sprawi, że nawet panowie nie zdechną z nudów. Jak już wspomniałam – to dzieło opatrzone jest w niezwykłe zdjęcia i ujęcia, które ukazują nam królową z ludzkimi i władczymi cechami. Z tronu i z tajemnicy komnaty. Do tego wspaniałe kostiumy i oprawa muzyczna – to przepis na nie tylko bardzo dobrze zrealizowaną biografię, ale i film – po prostu.

Trudno mi znaleźć jakikolwiek minus, czy powód, by czegoś się uczepić. Z wielką radością za każdym razem siadam do obu produkcji. Ale – w tym wypadku jestem totalnie nieobiektywna.