ONA:

Mój instynkt samozachowawczy nie istnieje. Byłabym tą pierwszą, którą zjada niedźwiedź na biwaku w górach, którą kopie prąd, porywa UFO. Mam tendencję do bezmyślnego pchania się tam, gdzie nie jest miło, ba – gdzie jest bardzo brzydko. A potem mam za swoje. Chcecie przykładu? Ależ proszę. Potrafię na twarz nałożyć jakąś nołnejmową, koreańską maseczkę na twarz, a potem przez kilka dni hodować naskórek, który owa wyżarła. Potrafię zjeść coś, co mnie uczula „bo może tym razem nic się nie stanie”. A, no i oglądam polskie filmy z nadzieją, że może akurat ten nie okaże się gównem. Cóż… Znowu nie wyszło. Nie wiem czego się spodziewałam. Wiem, czego oczekiwałam. Chciałam znaleźć tło pod wieczorne pedałowanie na moim stacjonarnym rumaku i z własnego doświadczenia wiem, że około 90 minut to idealna długość filmu „na tło”. Mając te 1,5 godziny trzeba na tyle spieszyć się z fabułą, że chcąc nie chcąc pedałuję szybciej. Film, który wybrałam już jakiś czas kurzył się w filmotece, dlatego wreszcie, z wielkim „Echhhhem” zabrałam się za niego. Za niego, a właściwie za „Oszukane”, o których wiele osób mi mówiło, zachwalając „hollywoodzki” rozmach, z jakim zostały stworzone. I powiem Wam, że właściwie mogę się z tym zgodzić, poza dwoma, małymi ale. Ale o tym za moment.

Natalia Laskowska (Karolina Chapko) – niespełna 18-letnia dziewczyna, wychowywana jest samotnie przez swoją matkę – Annę (Katarzyna Herman). Kobieta jest baletnicą, która w swojej córce widzi ogromny talent i potencjał i oczywiście robi wszystko, by córka nie zaprzepaściła swojej szansy. Jako matka bywa nieco „zimna”, ale stara się jak może. I pewnego dnia młodą dziewczynę na moście zaczepia chłopak, który ewidentnie ją z kimś myli. Kiedy spotyka go ponownie dowiaduje się nieco więcej, a chwilę później staje ze swoją sobowtórką twarzą w twarz. Magda Szarucka (Paulina Chapko) jest faktycznie prawie identyczna. Dziewczyny wpadają w jakiś totalny zachwyt i szybko nawiązują przyjaźń. Obie rodziny są w ciężkim szoku, ale cóż. Przecież każdy zna kogoś, kto jest podobny do jakieś tam Kasi czy Tomka. W końcu Laskowska i Szaruccy wraz ze swoimi dziećmi spotykają się na herbatę. I podczas zwykłej, niezobowiązującej rozmowy pojawiają się dziwne sploty okoliczności. Obie matki są bardzo zaniepokojone tym, co chodzi im po głowach, ale wszystko wskazuje na to, że ich córki zostały zamienione. Anna urodziła Anetę, a Grażyna – obie bliźniaczki… I teraz dopiero się zacznie. Wszyscy nową sytuacją są przerażeni, ale próbują jakoś żyć w tej dziwnej sytuacji, w tak skomplikowanym układzie. Natalia jest coraz częstszym gościem u biologicznych rodziców, oddalając się jednocześnie od kobiety, która ją wychowała, a Aneta za wszelką cenę stara się nie być odtrącona przez dawną rodzinę, odpychając prawdziwą matkę. Dodajmy do tego pewnego uroczego chłopaka i tadam – mamy grajdołek, po brzegi wypełniony problemami.

Przyznacie – historia bardzo dramatyczna. I generalnie tak też jest. Dużo się dzieje, a im bliżej końca – mamy ogromne wrażenie, że zaraz totalnie coś się spierdzieli. Ja, nabijając kolejną dziesiątkę kilometrów, zaklinałam „Niech ktoś umrze! Niech ktoś wpadnie w psychozę!” a tu nic. Klops. Jedno nieco bardziej dramatyczne wydarzenie w żaden sposób nie uchroniło przed słodkim i mdłym happy endem, do którego polscy twórcy mnie już przyzwyczaili. Widać szczęśliwe zakończenia są o wiele bardziej w cenie.

Zatem o jakich dwóch „ale” mówiłam nieco wyżej? Ano po pierwsze: historia. Naiwna, spłycona do granic przyzwoitości, bazująca na tak oklepanych motywach, że głowa mała. Autentycznie, brakowało tam tylko motywu wojenno-komunistyczno-papieżowego. No i drugi element: poziom aktorski. JEZU! Nie chcę się tu jakoś wybitnie przechwalać osiągnięciami, ale przez kilka lat prowadziłam dziecięcą grupę teatralną, o której napisałam blisko 250 stronicową magisterkę, a do dziś zajmuję się młodzieżową grupą kabaretową i wiecie co? Moje wrzodki, niezależnie czy wtedy, czy teraz, mają większe umiejętności aktorskie i potrafią o wiele bardziej dramatycznie wcielić się w role, nawet, jak to rola typu „Kwiat nr 3”, niż panny Chapko. Poza niewątpliwą urodą na usta ciśnie się jedno – drewno. One są porównywalne do Rasiaka, poważnie. Jedna mina, jeden sposób gestykulowania, a oddanie czegokolwiek innego poza wzrokiem cielaka (i to wszystko razy dwa) – zupełnie im nie wychodzi. Dodatkowo nie wiedzieć czemu, twórcy wprowadzili bardzo niebezpiecznie zmysłowy element „podświadomy” (sama wymyśliłam ten zestaw słów!), który sprawia, że mamy wrażenie – no, przynajmniej ja miałam, że obie panny zaraz pobawią się w „Ja akwarium, ty glonojad” i po prostu pójdą patolsko w ślinę. No sorry, ale jak nagle jedna drugiej ściąga stanik (tak, są w tym filmie cycki), to ja już nie ogarniam…

Podsumowując: „Oszukane” to bardzo ładnie nagrane, zmontowane i udźwiękowione kino, które zostało zepsute banałem i drewnem.

Na zakończenie: na oparzoną maseczkami twarz pomaga bepanthem. Uczulenie pojawia się zwykle dopiero po 2kg truskawek. A polskie filmy są po prostu denne.