ONA:

Kiedy w 2012 roku świat poznał „Poradnik pozytywnego myślenia” i kiedy to nagle wszyscy tym filmem się totalnie zachwycili, ja stałąm gdzieś z boku, zastanawiając się jakim cudem do tego doszło. Okej, był to film świetnie zagrany, ale i fabuła, i cała reszta była przeciętna. Te wszystkie nominacje do najważniejszej filmwej nagdory były mocno przesadzone, ale to tylko i wyłącznie moje zdanie. Natomiast kiedy okazało się, że David O. Russel, reżyser i scenarzysta „Poradnika” bierze się za kolejną produkcję, która będzie nadal w skrajnie obyczajowej konwencji, z Cooperem i Lawrance w rolach głównych, miałam wrażenie, że nic mnie nie zaskoczy. A jednak!

 „American Hustle” to film w którym znajdziecie:

– bardzo fajną muzykę – mój ulubiony czas, czyli lata 70.,

– bardzo fajne oddanie klimatu – scenografie, kostiumy i cała reszta „w tle”, która dopełnia całą historię,

– utytego i łysiejąego Christiana Bale’a,

– brzydkiego do granic przyzwoitości Bradley’a Coopera, który na głowie nosił zaloczkowaną trwałą,

– bardzo, bardzo, BARDZO seksowną Amy Adams, której dekold był dodatkowym bohaterem filmu, a uroda w sposób skrajnie niebezpieczny mieszała się z inteligencją,

– neurotyczną jak zwykle Jennifer Lawrence, która „prytwanie” dociera do mnie bardzo, a jej naturalność i dowcip są świetne, ale która w filmach – moim zdaniem – jest strasznie wkurzająca i mdła.

W „American Hustle” nie znajdziecie:

– szybkiej, dynamicznej fabuły – ba, mam ogromne wrażenie, że to dzieło uratować mogłoby jedynie skrócenie go o jakieś 30 minut,

– prostolijności – do końca filmu nie wiemy kto kogo wyrucha i okantuje, ale wiemy, że to nastąpi,

– ciepkiego, sarkastycznego humoru, wybitnego zwrotu akcji oraz poczucia, że oglądacie ponad czasowe dzieło.

Film otwiera scena, w której Irving Rosenfeld (Ch. Bale) pieczołowicie „tworzy” swoją fryzurę, przy pomocy tupecika, kleju i lakieru do włosów. Tak, jeden z najprzystojniejszych aktorów EVER tu gra brzuchatego, burakowatego i łysiejącego oszusta, który po fali sukcesów wpadł w tarapaty. Potem poznajemy przepiękną Sydney (A. Adams), udowadniającą, że uroda w połączeniu z niemożliwym intelektem i ogromną cwanością to połączenie, które zabija. Sydney szybko i brawurowo wchodzi w życie Irvinga. Zostają partnerami nie tylko w oszustowatej branży, ale i w życiu. Wymyślają sobie uroczą i bardzo sensowną historyjkę, która w połączeniu z fajnym pomysłem na żerowaniu na ludzkich problemach, daje im dostatecznie satysfakcjonujący zastrzyk gotówki. I wtedy wpadają wprost w ręce agenta federalnego Richiego DiMaso (B. Cooper), którego ambicja zawodowa przekracza normy przyjęte przez świat. On koniecznie chce robić karierę, mieć życie, które sobie wymarzył, być sławnym i podziwianym. Duet oszustów ma do wyboru dwie drogi: albo poddają się i idą siedzieć, albo wchodzą we współpracę z Richem. Mają mu pomóc zgarnąć 4 wysoko postawione osoby, które biorą korzyści majątkowe za różnego pomoc i wstawiennictwo. Oczywiście, to nie jest takie proste. Nie zrozumcie mnie źle – łapówkarze praktycznie sami wchodzą im w ręce, ale ambicja agenta i nóż na karku Sydney i jej partnera to recepta na kłopoty same w sobie.

Ten film mniej więcej do połowy ogląda się świetnie. Jest jakaś tam akcja, jakaś tam tajemnica, Adams jest naprawdę przeseksowna i ciągle nie mogłam dojść do siebie, widząc Coopera i Bale’a w tak niezbyt urodziwych rolach. A potem zaczyna się jakaś kołomyja, mdła mamałyga.

To nie jest tak, że straciłam 2 godziny mojego życia na beznadziejny film. Ale z drugiej strony – mogłam je przeznaczyć na coś dużo bardziej istotnego, jak np. sen.

ON:

Większość z filmowych maniaków czeka na oscarową galę i ma swoje typy i faworytów, którzy zgarną statuetki. Ja mam także swoich i powiem wam, jaki film na pewno się do nich nie zalicza. Jest to „American Hustle”. To dzieło nie urzekło mnie, nie przekonało, nie dało czegoś, co powinien mieć obraz obsypywany nagrodami. Film Davida O. Russella jest warsztatową kalką „Poradnika pozytywnego myślenia”, który także nie urwał mi dupy. Widocznie przemawia do mnie inne kino.

Na początku dostajemy informację, iż „historia ta częściowo oparta jest na faktach”. Wiadomo, najlepsze scenariusze pisze nasze życie. Tutaj miało być podobnie. O. Russell po porzednim dziele postanowił postawić na sprawdzoną ekipę i wybrał znanych już sobie aktorów. Dlatego, podobnie jak „Poradniku”, zobaczymy tutaj Bradleya Coopera, Jennifer Lawrence oraz Roberta De Niro. Do tej ekipy dołączyli Amy Adams, Jeremy Renner i Christian Bale. Jak widać mieszanka z najwyższej półki. Jednakże pomimo tego, „American Hustle” nie zachwyca, nie ściska za jajka i nie kopie w tyłek, raczej bym powiedział, że jest bardzo przeciętne, ale za to dobrze zagrane. Dodatkowym atutem jest ścieżka dźwiękowa, wpasowująca się w klimat opowieści. Jednak to tyle, reszta jest przegadana, a w drugiej połowie filmu zaczyna się dłużyzna, którą ratuje tylko finał.

Jest to historia o parze naciągaczy: Irvingu Rosenfeldzie i Sydney Prosser, którzy kręcili swój biznes tak długo i tak wytrwale, że wreszcie zainteresowało się nimi FBI. Wiadomo jednak, że federalni lubią iść na układy i podobnie jest tutaj. Agent DiMaso stawia ultimatum: jeśli para oszustów pomoże ująć czterech innych kombinatorów, to będą mogli odejść spokojnie. Problem jest taki, że na pierwszą ofiarę federalni wzięli burmistrza Carmine Polito. To typ kolesia z głową, który chce zrobić jak najwięcej dla lokalnej społeczności, niezależnie, jakie będą tego koszty. Intryga zaczyna się nawarstwiać, a w rozpaczliwego przekładańca wpadają: podstawiony Szejk Arabski, żona Irvinga, a nawet mafiozi, którzy wywęszyli łatwy zarobek. Każdy chce wykołować każdego i wydaje się, że w najlepszej sytuacji jest tylko agent FBI.

Całość trwa ponad dwie godziny i jest po prostu miałka. Nie wzbudziła we mnie emocji, nie wywołała ekstazy, a tym bardziej nie dałbym jej Oscara. Dla mnie „American Hustle” w porównaniu z „Dallas Buyers Club” przegrywa już na samym początku i nie zrozumiem czym będzie się kierowała „Akademia” jeśli film  O. Russella otrzyma złotą statuetkę.