ONA:
Kiedy film się skończył, a moje łzy spływały mi po policzkach, kiedy nagle pojawiły się napisy końcowe zrozumiałam o co chodziło w tym dziele. Nie, to nie był ckliwy dramat, który chwyta nas za serce i wyciąga je dowolnie wybranym otworem. To film, który skonstruowany jest w taki sposób, że zaczynamy „kumplować” się z głównymi bohaterami, zaczynamy żyć ich życiem, cieszyć się, bawić i śmiać z nimi, ale też bać się i podejmować trudne decyzje. Nasza czujność jest nieco uśpiona, choć w głębi duszy wiemy, że coś musi się zepsuć…Brian Taylor (Jake Gyllenhaal) i Mike Zavala (Michael Pena) pracują w LAPD (za każdym razem, kiedy słyszę ten skrót – mój mózg wykrzykuje to tak, jak wokalista The Offspring). To normalni, zwykli gliniarze, którzy swojej pracy oddają się bez reszty. Czasami robią sobie żarty z kolegów i z siebie nawzajem, ale czasami jest bardzo niebezpiecznie. A to ratują dzieci z pożaru, totalnie narażając swoje życie, a to łapią kogoś, kto ma sporo za uszami. Ciągle istnieje ryzyko, że to będzie ich ostatnia służba, bo kule latają dość blisko tej dwójki. I pewnego dnia nie do końca świadomie, stają na ogon kobrze – w tym konkretnym przypadku – meksykańskiej mafii… Oczywiście nie od razu wszystko się wali. Mike zostaje tatą, a Brian w końcu znajduje dziewczynę, która warta jest przysięgi małżeńskiej. Ich „dniówki” są zwykłe: tu coś, tam coś, ale nic nie zwiastowało tragedii, jaka wkrótce się zdarzy.
„Bogowie ulicy” to film, który ma genialny klimat. Wszystko kręcone jest „z ręki”, co daje wrażenie brania udziału w jakimś dokumencie, a nie w filmie fabularnym. Sinusoida emocji sprawia, że mimowolnie zaczynamy żyć życiem naszych bohaterów. Brian i Mike stają się naszymi kumplami, którym dopingujemy. To nie jest wygłaskany, delikatny film. Przekleństwa się sypią jak z rękawa, są trupy, są dragi, jest dynamicznie, bo mamy pościgi i strzelanki. Ten film absolutnie nie zawodzi. Z jednej strony to klasyczny buddy movie, z drugiej to dzieło, które w jakimś stopniu oddaje hołd policjantom i ich rodzinom. Po seansie leżałam w łóżku i nie umiałam ot tak po prostu zasnąć, bo przez głowę przelatywały mi ciągle sceny z filmu. Napięcie, akcja, dowcip i wzruszenie dość skutecznie wpłynęły na mój odbiór. Ja polecam. Ten film zaskakuje.
ON:
Jeśli miałbym opisać „End of watch” to powiedziałbym, że to dramat sensacyjny stylizowany na paradokument. Dlaczego? Bowiem bardzo duża część tego dzieła kręcona jest amatorską kamerą, prosto z ręki. Jest to celowy zabieg związany ze scenariuszem i nadaje mu realizmu. Dodatkowo uniknięto tutaj błędu pojawiającego się w wielu tego typu filmach, a mianowicie skaczącej kamery. Można dostać padaczki, kiedy cały ekran podskakuje na lewo i prawo, gdy trzymana w ręku operatora kamera giba się razem z nim.
Dzieło Davida Ayera jest podobne do jego poprzednich filmów – widać, że facet ten dobrze czuje się w policyjnych klimatach. Na jego koncie znajdują się przede wszystkim dzieła opowiadające o pracy policjantów i detektywów. Brudna i trudna robota gliniarzy, to jego chleb powszedni. Jednak w „End of watch” skupia się jeszcze na czymś innym, na wzajemnych relacjach, jakie łączą poszczególnych gliniarzy.
Taylor i Zavala to dwaj funkcjonariusze, których poznajemy na samym początku tego filmu będą prowadzić nas do jego ostatnich scen. Zobaczymy ich podczas kolejnych dni pracy. Taylor nagrywa każdy ich krok, to jego projekt naukowy. Dzięki temu mamy okazję zobaczyć tę samą sytuację z różnych perspektyw. Ta dwójka to gliniarze inni, niż ich koledzy. Pomimo tego, że są zwykłymi krawężnikami, starają się prowadzić własne śledztwo. Dzieje się dlatego, że ta para to nie kretyni i potrafią połączyć kropki tak, aby dojść w odpowiednie miejsce. Dodatkowo mają trochę szczęścia, bowiem potrafią znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie. Kolejne pochwały idą w parze z naganami, które czasem im się przytrafią. Tak wygląda praca policjanta.
Na drugim planie mamy wspomniane wzajemne relacje dwóch mężczyzn. Wspólne spotkania z rodziną Zavaly, rozmowy o kobietach i rodzinie, o pracy. Z tych pojedynczych scen, kiedy spokojnie jadą w swoim wozie dowiemy się o nich więcej, niż z całego obrazu. Ci dwaj faceci staną się dla siebie braćmi, towarzyszami broni, powiernikami tajemnic. Najlepsze w całym obrazie jest to, że wciągamy się w tą opowieść i czujemy się jak trzeci partner, niemy kolega, który cały czas jest z nimi.
„End of watch” jest filmem dobrym. Nie wyjątkowym, nie zajebistym, po prostu dobrym. To jedna z historii, która wciąga na tyle intensywnie, że nawet nie wiemy kiedy mija 107 minut – tyle trwa seans. Polecam każdemu wielbicielowi policyjnych opowieści.
