ONA:

Żyjemy w czasach, w których każdy jest albo po załamaniu nerwowym, albo niewiele przed. Szybkie bieg życia, coraz większe oczekiwania wobec nas i nas wobec siebie, coraz większa presja, pokusy. Im większe problemy, tym bardziej nas to nich ciągnie. Gdyby Jezus żył w naszych czasach na bank miałby swojego terapeutę. Zastanawiam się kiedy ja wybuchnę tak solidnie, że dopiero zakneblowanie i solidna dawka środków uspokajających ześle na mnie błogi spokój…

Pata Solitano szlag trafił, gdy przyłapał swoją ślubną na zdradzie. I kiedy już do niego dotarło, że jego ukochana, która ślubowała mu miłość, wierność i uczciwość, stała się grypą (wszyscy już ją mieli), wymierzył w furii kochankowi kilka solidnych razów, za co dostał pobyt w szpitalu dla czubków (i przy okazji zakaz zbliżania się do paru innych osób). Ale po jakimś czasie od feralnego wypadku ma wrócić do normalności. Wydawać by się mogło, że wszystkie problemy zostały już za nim, że jest spokojny, pozytywny. I on właściwie jest spokojny i pozytywny, ale problemy nie skończyły się z chwilą, gdy wypisano go z oddziału dla pieprzniętych (pieprznięci, czubki – ależ jestem dziś niepoprawna politycznie…). Przez Pata przechodzi ogromna fala determinacji, żeby poukładać sobie życie od nowa. Niestety, wyjście z bezpiecznej przystani wypełnionej środkami uspokajającymi jest bolesne. Pat nie tylko ma na sobie przyklejoną etykietkę „wariat”, Pat jest przede wszystkim człowiekiem, który wraca do niczego. Nie ma pracy, nie ma domu, nie ma żony. Ten ostatni punkt staje się jego głównym celem. Solitano za wszelką cenę chce odzyskać ślubną. Pomagają mu w tym jego rodzice: Pat Senior i Dolores – para bardzo nietypowa. Ale jak to w życiu bywa – nic nie może po prostu się udać. Pojawia się problem. Problem ma uroczą, pyzatą buzię, ciemne włosy i na imię Tiffany…

Oglądając ten film miałam wrażenie, że zaraz dostanę mojego pierwszego ataku padaczki. Najpierw wszechogarniające pozytywne myślenie, którym główny bohater próbował zarazić cały świat. Potem gdzieś ta neurotyczna Tiffany. Po drodze mijamy tatę i jego obsesję na punkcie zakładów, dobrych emocji, trzymania kciuków itd., w końcu niespokojnie docieramy do tańczenia. Słowem – głównym bohaterem nie jest postać, grana przez Bradley’a Coopera, tylko to emocje są podstawą tego dzieła. EMOCJE! Cała paleta uczuć, która walczy w człowieku pod wpływem różnych wydarzeń. Film, który jest jakąś tam formą komedii romantycznej, samą romantyczność zostawia sobie na koniec. Całkiem niezły zabieg i fajna alternatywa dla osób, którym tytuły typu „Masz wiadomość” dają raka. Jest to bardzo neurotyczne, drażniące, irytujące dzieło, które takie właśnie musi być, by zachwycać. Dodatkowo, ja zaklasyfikowałabym go do grupy filmów „Czajnik”, które zaskakują, będąc jednocześnie bardzo przewidywalnymi dziełami. Parskałam śmiechem wielokrotnie, a potem nerwowo, ale nie ze strachu, z wkurzenia, dręczyłam kawałek koszulki. A czemu „Czajnik”? Bo są przyczajone!

Powolne oklaski na stojąco dla obsady filmowej. Cooper – klasa. Nieważne kogo gra, ale za każdym razem jego postać jest wiarygodna. Jennifer Lawrence to dla mnie nowa twarzyczka, którą jeszcze nie utożsamiam z żadną inną rolą. I tu od razu całkiem niezły poziom, który został uhonorowany Złotym Globem i jednocześnie przyćmiony homoseksualnym wyznaniem Jodie Foster, która ściągnęła na siebie całą uwagę mówiąc o fakcie, o którym wiedzą wszyscy, od zawsze. Robert De Niro – ten aktor nie potrzebuje dodatkowej rekomendacji. On po prostu jest dobry. A jak gra ojca, to robi to przeraźliwie dobrze. Film jest zatem bardzo ładnie zagrany, jeszcze ładniej wyreżyserowany, a muzyka doskonale pasuje do prywatnych psychodelii bohaterów.

Smutne jest to, że to zwykła komedia obyczajowa o ludziach w obecnych czasach, która nie jest moim zdaniem Oscarowa. Okej, może dać pozytywnego kopa, ale to dalej nie urywające dupy kino. Nie mówię, że film był zły, ale też nie odznaczał się niczym wybitnym, spektakularnym, niemożliwie zajebistym. Inksza inkszość to to, że nasza rodzima kinematografia nie potrafiłaby nawet w połowie oddać wszystkich smaczków, które twórcy upchali. Niemniej, film można obejrzeć…

Bo bycie popieprzonym we współczesnych czasach to chleb powszedni. Trzeba tylko znaleźć równie zamotanych ludzi i otoczyć się nimi, jak popieprzonym kocem.

ON:

„Poradnik pozytywnego myślenia”  jest książką, którą możemy znaleźć na półkach w naszych księgarniach. Nie będzie to jednak napisany przez kolejnego domorosłego psychologa przepis na życie. To powieść, na podstawie której powstał nominowany do 8 Oscarów obraz Davida O. Russella, opowiadający o szukaniu spokoju, kiedy wszystko wydaje się już stracone i można powiedzieć beznadziejne.

To neurotyczna – jak dwójka jego głównych bohaterów, opowieść o życiu. Jest ona nierówna i czasem po prostu męczy, czasem rozbawia, ale zawsze zmusza do chwili zastanowienia się nad naszymi poczynaniami. Poznajcie Pata Solitano, młodego mężczyznę, który właśnie opuszcza zakład dla nie do końca zdrowych na umyśle osób. Facet wylądował tam dlatego, że pobił praktycznie na śmierć podstarzałego nauczyciela historii. Dlaczego? Ponieważ gdy wrócił do domu usłyszał lecącą z kolumn „jego piosenkę ślubną”, zobaczył na podłodze bieliznę swojej młodej żony i odgłos branego przez nią prysznica. Niestety, po wejściu do łazienki okazało się, że kobieta nie była sama w strugach gorącej wody. Od pewnego czasu posuwał ją podstarzały pierdziel. Co spowodowało, że młoda laska wybrała jego zamiast męża? Ciężko powiedzieć, ważne, że po sprawie sądowej facet ma zakaz zbliżania się do ukochanej oraz musi odsiedzieć swoje w zakładzie. Posiedział tam trochę i teraz opuszcza przytulne ściany przybytku, aby wrócić do domu. Jego jedynym marzeniem jest przekonanie żony do powrotu. Nie zamierza się poddawać i ma zamiar zrobić wszystko, aby zrozumieć jej decyzję. Rodzice Pata przyjmują go do siebie, gdzie ląduje w małym pokoju na poddaszu. Tutaj oddaje się lekturom książek, które mają mu pomóc zrozumieć naturę tego, co się stało. Po skończeniu pierwszej słyszymy „Co kurwa?!”, a tom wylatuje za okno. Właściwie to wylatuje razem z szybą. Od początku widać, że neurotyczność Pata jest ogromna – skoki nastrojów, jego fantazjowanie itd. Powoduje ona szereg dość ciekawych, nie zawsze pozytywnych sytuacji.

Poznajcie Tiffany – dziewczynę, której mąż-policjant zginął na jej oczach. Jej problemem jest to, że po tym zdarzeniu załamała się nerwowo tak bardzo, że zaczęła sypiać ze wszystkimi wkoło. Po przespaniu się z 11 facetami z jej pracy wylądowała na dywaniku u szefa, ponieważ współpracownicy zaczęli się o nią bić. Koniec końców dostała odpowiednią dawkę kolorowych cukierków i trochę się uspokoiła. Tiffany mieszka na tyłach domu jej rodziców, którzy bardzo krzywo parzą na mężczyzn kręcących się w jej pobliżu. Dziewczę musi czymś zająć głowę więc trenuje  taniec, gdyż chce wziąć udział w zawodach.

Jakoś tak wyszło, że ta dwójka nie do końca normalnych ludzi spotyka się na kolacji. Przebiega ona dość gwałtownie, gdyż dziewczyna kłóci się na niej ze swoją siostrą, po czym nalega, aby Pat ją odprowadził. Później spotykają się jeszcze kilka razy, które przeważnie kończą się kłótniami. W końcu Pat wpada na pomysł, że Tiffany może przemycić list do jego żony, a dziewczyna zgadza się tylko pod warunkiem, że on zacznie z nią ćwiczyć i weźmie udział w zawodach tanecznych. Rozpoczyna to bardzo toksyczną przyjaźń.

„Poradnik pozytywnego myślenia” jest bardzo nierówny i to jest jego jedyna wada. Są sceny, które potrafią naprawdę rozbawić, by później przez 10 minut przynudzać. Tak czy inaczej jest to pozycja dla par, którą można spokojnie razem obejrzeć w ramach walentynkowego seansu, jeśli ktoś tylko uznaje to „święto”. Mnie on nie zachwycił tak bardzo, jak amerykańskich krytyków, ale nie uważam czasu przy nim za stracony. Na pewno raz warto go zobaczyć.