Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Sex and the city – The movies

ONA:

Mamy 2004 rok. Pada ostatni klaps na planie serialu „Seks w wielkim mieście” i wszystkie fanki robią głęboki wdech. Ale jak to?! Już koniec?! Wśród nich byłam ja. Miałam 17-18 lat i historie czterech babeczek z NYC mnie zauroczyły do tego stopnia, że zapisywałam w każdy piątek w swoim kalendarzu „22:30 Sex”, budząc zgorszenie wśród koleżanek. A ja po prostu nie chciałam przegapić żadnego odcinka. Kilka lat później miałam już pełne wydanie serialu i wracam do niego za każdym razem, kiedy albo jestem chora i leżę w łóżku, albo po prostu najdzie mnie ochota. No i ustalmy coś… Za każdym razem, kiedy któraś stacja emituje odcinki, zasiadam przed telewizorem i to zupełnie nieważne, że znam je na pamięć. Biedny Dawid też.

Na całe szczęście, ktoś wpadł na pomysł, żeby zrobić ciąg dalszy opowieści o Carrie i jej przyjaciółkach, w całkowicie niezmienionym składzie, dalej w Nowym Jorku. Jak dla mnie – brzmi pysznie. Cztery lata po skończeniu serialu pojawia się w kinach film pod tym samym tytułem. Historia dzieje się również 4 lata po wydarzeniach z ostatniego odcinka.

Carrie i Big poznali się 10 lat temu. Po drodze zrywali kilka razy, byli w innych związkach, ale koniec końców ich drogi zeszły się znowu. Film zaczyna się od wspólnego szukania apartamentu dla dwojga. I podczas przygotowywania kolacji decydują się sformalizować ten związek, za pomocą urzędnika, specyficznej biżuterii i kilku słów przysięgi. Niestety, ślub okazuje się być kwestią bardzo problemową. Miało być niewiele osób, będzie solidna biba. Miała być sukienka vintage by nobody, będzie Vivienne Westwood. Są „zapowiedzi” w gazetach, są coraz większe oczekiwania pani młodej, a pan młody zaczyna panikować. I niestety, do wymarzonego ślubu z bajki nie dochodzi.

A co u pozostałych bohaterek? Samantha mieszka po drugiej stronie kraju, zajmując się karierą swojego młodego (i boskiego) faceta i szuka byle jakiego pretekstu, żeby wracać do Wielkiego Jabłka. Nie pomaga jej jej sąsiad (również boski) – Dante, w którym zauważa siebie, sprzed 5 lat. Miranda mieszka w znienawidzonym Brooklyn’ie, ale czego się nie robi dla ukochanej rodziny. Ale czy na pewno jest szczęśliwa? Cóż. Okazuje się, że jej mąż, Steve, zaliczył skok w bok. Małżeństwo wisi na włosku. A Charlotte? U niej jak zwykle bajka. W końcu udane małżeństwo i dziecko (z importu) oraz upragnione dwie kreski na teście ciążowym.

Ale wróćmy do głównego problemu, czyli Carrie i Big. Tak, do ślubu nie dochodzi. Big kitra się, Carrie rozwala na jego głowie bukiet i ich drogi ZNOWU się rozchodzą. Żeby uratować i odratować swoją przyjaciółkę, dziewczyny zabierają ją do przepięknego kurortu w Meksyku (tam gdzie nowożeńcy mieli udać się w podróż poślubną). I rozpoczyna się walka o powrót Carrie do życia. Samantha i Miranda pomagają załatwić jej formalności, a Charlotte doprowadza ją do śmiechu w sposób obrzydliwy. Ale wakacje się kończą, czas wrócić do realności. Carrie czując, że jeszcze nie jest w stanie wielu rzeczy ogarnąć, zatrudnia asystentkę, Louise, która powoli przywraca w niej chęć życia. Mijają miesiące. Miranda wybacza mężowi zdradę, Charlotte rodzi córkę, Samantha kończy swoją przygodę na Zachodnim Wybrzeżu (i jej 5letni związek z Jerrodem), a Carrie przypadkowo spotyka się z Bigiem, w ich potencjalnym domu, gdzie mieli wieść idealne życie. No i jak to bywa w przypadku ludzi, którzy mimo wszystko się kochają – zmysłowy pocałunek godzi ich. Następna scena – urząd miasta, bez tłumu gości, bez markowej kiecki – ona i on. Ale na szczęście, Mr. Big to facet z klasą i na korytarzu na świeżo poślubionych czekają już przyjaciółki. Tadaaaam, część pierwsza za nami.

A co w drugiej kinowej części znajdziemy? Zaczynamy znowu od ślubu, ale niebanalnego, bo homoseksualnego. Stanford i Anthony decydują się na jakże ważny krok, szczególnie w przypadku dwóch facetów. Ich ślub to eskalacja wszystkiego, co najbardziej gejowe. No i udziela im go sama Liza Minelli. Nie może być bardziej. Carrie i Big mieszkają razem, mając jednocześnie dość inne podejście do małżeństwa, niż nakazywałaby tradycja. Ale są szczęśliwi, jawnie deklarując brak chęci do rozmnożenia. Just us two. Niestety, Carrie to panikara. Za każdym razem, gdy on po pracy chce zjeść w domu i utkwić przed telewizorem, ona obawia się, że skończą jako dwa znudzone rodzyny, które nawet ze sobą nie rozmawiają. I to ją przeraża. Miranda w kolei ma dość swojej pracy, w której szef traktuje ją jako zło ostateczne. Charlotte ma 2 córki i cudownego męża, więc można by powiedzieć, że jej marzenia się ziściły. Niestety, realność boli. Córunie okazują się być potwornymi bachorami, a Szarlotka wysiada. Na szczęście ma nianię, miłą, sympatyczną Erin, która nie nosi stanika, mimo, że ma solidne D. Samantha budzi w naszej mamuśce strach przed tym, że Harry pobawi się w Juda Law. A właśnie, co tam u naszej najstarszej koleżanki? Cóż. Jeżeli miałabym wymienić jakiś brzydki wyraz na literę „m”, to mogłabym powiedzieć: „małżeństwo”, „macierzyństwo”, ale i „menopauza”. Kocham Cię mamusiu! Samantha walczy dzielnie z uderzeniami gorąca, faszerując się witaminami, smarując KAŻDY fragment ciała hormonami i wmawiając sobie, że jest młodsza. I wiecie co? TO DZIAŁA! Na skutek różnych swoich działań dostaje propozycję, która zdarza się raz na milion. Zaproszenie do Abu Zabi. All inclusive, najwyższa klasa. Godzi się, to oczywiste, ale jest w końcu specjalistką od wodzenia facetów za nos, więc wkręca też w podróż swoje przyjaciółki. Ruszają więc do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przed nimi otwiera się pałac, mają do dyspozycji lokai, maybachy, a za wszystko płaci bogaty szejk. Bajka. Jednocześnie, żeby nie było, że film jest głupkowaty, rozmawiają na temat różnic kulturowych i z przerażeniem patrzą na kobiety, z zasłonami na twarzach. Abu Zabi idealnie pasuje do ich wyobrażenia o bajce. Jest bosko. Po prostu. Ale oczywiście, muszą wpaść w tarapaty. Samantha ma gdzieś zakrywanie ramion i w końcu zostaje aresztowana za seks na plaży, a Carrie, która przypadkowo spotyka swoją dawną miłość, Aidana, wymienia z nim płyny ustrojowe, co delikatnie mówiąc – zagroziło jej małżeństwu. Bajka Nowym Bliskim Wschodzie kończy się z hukiem.

Ale czy Carrie ma po co w ogóle wracać? Czy Big wybaczy jej zdradę? Nie powstrzymam się przed spoilerem – tak, wybaczy. Bo tak to już jest z wielkimi miłościami, że funkcjonują one mimo wszystko.

Tadam, koniec części drugiej. Już nie mogę doczekać się kolejnych. Bo będą, prawda?

Podejrzewam, że kobieta, która połączyłaby najlepsze cechy z bohaterek „Seksu w wielkim mieście” – rządziłaby światem i wszystkimi facetami. Jeśli byłaby równie oryginalna i niebanalna jak Carrie, rozsądna i racjonalna jak Miranda, elegancka i urocza jak Charlotte i nienasycona jak Samantha – każdy facet leżałby u jej stóp.

Jestem absolutnie nieobiektywna, wiem, ale ja SATC kocham. Dla mnie to rewelacyjny odmóżdżacz, to kino lekkie, dowcipne, bajkowe, a przecież wszystkie dziewczynki lubią takie opowiastki. Rzucę rękawice każdemu, kto zacznie jeździć po tym filmie, jak po łysej kobyle (tu aluzja do Sarah Jessica Parker), bo to moje kino odpoczynkowe. Tak, marzy mi się mieszkanie w NYC, łatwa praca, polegająca na klepaniu artykułów, marzy mi się garderoba z każdym znaczącym nazwiskiem w branży tekstylnej. Marzy mi się również umiejętność biegania w szpilkach. Mojego Mr. Biga już mam. Dobry start.

ON:

“Sex w wielkim mieście” był dla mnie kolejnym serialem, który wyprodukowało HBO i którego targetem nigdy nie będę. Po wielu latach od premiery pierwszej serii, stało się jakoś tak, że przez Paulinę zobaczyłem jeden odcinek, potem kolejny i kolejny, i kolejny. I cholera wkręciłem się. Lubię czasem poświęcić 30 minut swojego życia, aby zobaczyć perypetie czterech dziewczyn z Nowego Jorku. To taka odskocznia, kiedy Carrie opowiada o kobiecych wypadach, związkach damsko-męskich i nie tylko, o modzie, pracy i życiu. Wszystko z lekką ironią, czasem z humorem, a czasem z nutą goryczy. Serial serialem, ale ktoś wpadł na pomysł, żeby zarobić kasę na filmie pełnometrażowym i w 2008 roku podano nam pierwszy z dwóch (podobno mają być cztery) filmów o perypetiach Carrie, Mirandy, Samanthy i Charlotty. Uwielbiam te baby. Są tak powalone, jak tylko mogą być kobiety, poza tym dzięki temu filmowi, mimo, że nie jestem ogromnym modowym znawcą, wiem co to buty od Manolo Blahnika, torebka Birkin (zrobiona chyba z pandy, bo potrafi tyle kosztować). Przewalają się tu także inne marki – Dior, YSL, Coco Chanel itd. Tak, ten film jest jednym wielkim product placement, ale co z tego. Widziałem oba 3 razy i za każdym razem śmieje się tak samo i bawię się tak samo dobrze. Mimo, że to babskie kino, to każdy facet może się z niego wiele nauczyć.

Polecam.