Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

KSIĄŻKI

Peter Hince – “Queen unseen”

ONA:

Jestem właśnie w Krakowie. W małym hoteliku na Brackiej, z szumiącą ulewą za oknem, z przygaszonym światłem i z Dawidem, który właśnie jest na koncercie No Man. Nie, nie poszliśmy razem, to jakoś nie moja muza i wystarczy mi, że spędziłam 2,5 godziny w aucie z panem Wilsonem i Bownessem. I skoro opanowałam działanie klimatyzatora, to i z konkubenckim szajsungiem sobie poradzę.

Dziś znowu książkowo. Znowu biografiowo, ale co poradzić – taką mam ostatnio jazdę. Chyba została mi tylko w domu książka pani Wałęsowej do przeczytania, w ramach zachwycania się cudzymi żywotami. Kiedyś tam, chodząc smętnie w księgarni, pomiędzy półkami z książkami dostrzegłam perełkę. Na okładce Freddie M. u szczytu sławy. Dodałam produkt do koszyka i z bananem na ustach pojechałam do domu. Dla mnie ta książka była naraz, bo nie mogłam się od niej zupełnie oderwać. Ale ok, konkrety. Peter Hince – „Queen. Historia nieznana”. Zatem do dzieła.

Pan Peter aktualnie słynie z tego, że jest fotografem. Jego zdjęcia zupełnie mnie nie fascynują, ani inspirują i mimo że kojarzyłam jego dawne prace, za cholerę nie wiedziałam, że był jednym z ekipy mojego najulubieńszego zespołu. Bo taka jest prawda, o technicznych się zapomina. A po lekturze tej biografii już wiem, że praca zespołowego przydupasa jest ciężka i wyczerpująca. Ale tak zupełnie poza tym, dzieje się rock n’roll, a praca przy muzykach, przechodzących do historii, musi być zajebista. I tak, książka jest przepełniona rockiem. Kobiety, alkohol, dragi. Ciągłe podróże, ciągle imprezy w hotelach, do tego często nieludzka praca przy koncertach, po których boli Cię wszystko. A potem widzisz uśmiech faceta, który swoim śpiewem porwał miliony. I porywa nadal. I jest Ci dobrze.

Historia zespołu Queen, przedstawiona oczami (i słowami) Hince’a jest kapitalna! Nie ma tu sztampowych opowiadań o przedawnionych anegdotach z życia wielkiej czwórki. Nie ma nudy, bo umówmy się, nie uwierzyłabym, gdybym przeczytała, że Freddie i reszta zespołu, po dzikim koncercie, z wielotysięczną widownią, idą do hotelu i do późnej nocy układają wiersze albo grają w Monopoly. Oj nie! Wiem za to jak wyglądały imprezy a’la Queen. Wiem, że Brian May, mimo że ciągle wygląda mi na takiego wystraszonego szczyla, był jednym z głównych prowodyrów imprez (i rozpierduchy w hotelach, z morzem kobiet do tego). Wiem, że podczas jednej z bib ktoś wpadł na pomysł, żeby w wannie umieścić niewiastę, do środka (wanny ofkors) wlać galaretkę i poczekać. Wiem też, który z członków zespołu miał największego członka – i bardzo mi z tą wiedzą dobrze.

Dlaczego warto przeczytać tą historię nieznaną? Bo jest napisana bardzo lekko, bardzo przystępnie, bez zbędnego napompowania, bez pawich piórek w tyłku. Są przekleństwa i solidny język – heloooł, mamy do czynienia z rockandrollowcami! I jest dowcipna! Niepozorny chłopaczek, który najpierw ukrywał się za sprzętem, a potem za wielkim aparatem, okazał się gamoniem z konkretnym humorem! Nawet dla osoby, która nie jest fanem zespołu, znajdzie się tam wiele ciekawych historii o tym jak wygląda życie w ciągłej trasie. A Peter Hince bardzo dokładnie obrazuje to, co dzieje się i przed koncertem, i po. I nawet w trakcie. A do tego mamy możliwość obejrzenia wielu przepięknych zdjęć z backstage’ów. Całość stworzona jest jak biografia idealna: jest ciekawie, jest śmiesznie, jest tak, jak podejrzewaliśmy, że było, gdy kobiety były łatwe (i miały nieogolone nogi), dragi i alkohol były tanie (i na każdym rogu), a z radia leciała dobra muzyka (a nie „Nosa nosa”).

Polecam, bardzo, bardzo, bardzo! Chyba moja ulubiona biografia ever!