The Finest Hours - recenzja

ONA:

Bardzo lubię kino przepełnione akcją i emocjami, a szczególnie umiłowałam sobie takie, w którym człowiek zderzony jest z naturą. Na ogół ludzie podchodzą do niej na zasadzie „Wezmę wszystko, co masz”, ale ja mam inaczej. Dzień bez spaceru jest stracony. Dzień bez wystawiania twarzy do słońca, wiatru, deszczu – także. Ja uważam, że mamy zaszczyt żyć w naturze. To piękna siła, która kreuje, ale i… niszczy. The Finest Hours – recenzja

W „World War Z” padają takie słowa, że Matka Natura to seryjny morderca. Jest w tym sporo prawdy, a my, te małe trybiki, od zarania czasów mamy ochotę poznać naturę ciut bardziej, mocniej… Tylko ona na ogół wtedy pokazuje nam palec, chociaż właściwie powinnam napisać, że pokazuje nam nasze miejsce.

Ta historia wydarzyła się naprawdę… 18 lutego 1952, wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych i katastrofa, którą do dziś określa się jako najpotężniejszą po tamtej stronie. Potężny sztorm pruje i niszczy wszystko, na co trafi. Nadmorskie miasteczka znikają jakby były wykonane z papieru. Toną statki… Jednym z tych, który próbuje utrzymać się na tafli, jest tankowiec Pendleton… My mamy możliwość obserwowania tej tragedii z dwóch płaszczyzn. Jedna, to właśnie to, co dzieje się na tankowcu, gdzie „dowodzeniem” zajął się Ray Sybert (Casey Affleck). Druga natomiast, to ekipa ratunkowa, która walczy nie tylko z żywiołem, ale i z czasem, by udało się dotrzeć po kogokolwiek. Po raz kolejny człowiek walczy z potężnym żywiołem. Walka z góry skazana na…?

Wszystko spoko. Fabuła ma w miarę porywający bieg, sama historia jest bardzo ciekawa, ale co z tego, jak reszta jest, no cóż, taka bardzo „meh”. W tych czasach trudno doceniać jedynie „spektakularność”, efekty wizualne, dźwiękowe. To norma i każdy twórca powinien to nie tylko wiedzieć, ale i także stosować się do tego. Niestety, film ma skrajnie patetyczną formę. „Armageddon” i „Dzień Niepodległości” przy tym to pikuś. Do tego obsadzono w nim bardzo „meh” aktorów i tu naprawdę wszystko jest tak jakby na pół gwizdka. To dzieło broni tylko fabuła, chociaż tak prawdę powiedziawszy – lepiej jest sobie o niej poczytać.

Nieudolnie, na raz. To nie kancerogenny content, ale też szału nie robi, dupy nie rwie.

ON:

Ta historia zdarzyła się naprawdę. Było to w 1952 roku u wybrzeży Nowej Anglii. Niesamowity sztorm, z falami o wysokości 20 metrów, zniszczył dwa tankowce Fort Mercer oraz Pendelton. Załoga pierwszego została uratowana bardzo szybko, ekipa z drugiego okrętu nie miała tyle szczęścia. Na pomoc wysłano jeden okręt – niewielki, drewniany, taki, który pomieścić może 12 osób. Do dziś akcję tą określa się mianem najbardziej heroicznej w dziejach amerykańskiej straży przybrzeżnej.

Reżyser „Czasu próby”, Craig Gillespiego zabrał się za temat trudny, ale i niezmiernie widowiskowy. To, co dzieje się na ekranie pokazuje siłę natury i bezsilność człowieka w starciu z żywiołem, którego nie jest w stanie powstrzymać. Niestety, coś jednak poszło nie tak. Pomimo swojej „epickości” czegoś tutaj brakuje. Spłycono bowiem poszczególne postacie biorące udział w dramacie, każda z nich jest po prostu nijaka, bazująca na kliszach i schematach. Nie można powiedzieć, że brak tutaj emocji, ale większość z nich związanych jest z tym, co widzimy na ekranie, a nie z tym co słyszymy. Jednak wraz z kolejnymi minutami zagłębiamy się w tę opowieść i czerpiemy z niej, chociaż nie jest idealna i taka, jaką chcielibyśmy zobaczyć. Nie brakuje tutaj patosu, ale nie jest on ordynarnie podsuwany nam pod nos, wysublimowany, lekko ukryty sprawia, że film w mojej ocenie zyskuje.

„Czas próby” warto obejrzeć, chociaż nie będzie to film, który pozostanie na dłużej w waszej pamięci. Gdzieś zgubiono potencjał, zabrakło czegoś, tego „WOW”, które chwyta nas za gardło i sprawia, że historię opisaną w obrazie przeżywamy jeszcze długo po seansie. Trochę szkoda.

The Finest Hours – recenzja