ONA:

Z wakacyjnymi miłościami jest tak, że patrząc obiektywnie, to nic takiego, ale zmiana klimatu, odcięcie się od domowych pieleszy i problemów, permanentny stan upojenia alkoholowego i ograniczony czas sprawiają, że nasze ograniczenia luzują się i na ogół siedzą przywiązane i zakneblowane gdzieś w tyle głowy. Mamy tydzień, czasem dwa na czystą rozpustę i przyjemność, więc po co myśleć o zahamowaniach. Gorzej, jak po miłosnym uniesieniu pozostaje małe, wrzeszczące coś, któremu za kilka lat będzie trzeba wyjaśnić, dlaczego nie ma tatusia i odstaje kolorem od rówieśników. Dziś, w szóstym dniu rozprawiania się z musicalami, postawimy na najsłynniejszą historią z „summer love” w tle – dziś „Grease”!

Danny Zuko (John Travolta) i Sandy Olsen (Olivia Newton-John) poznali się podczas wakacji. Spędzali ze sobą mnóstwo czasu, hormony buzowały, ale cóż – lato się skończyło, czas wrócić do normalności… Danny i Sandy myśleli, że już nigdy ich drogi ponownie się nie skrzyżują, a tu niespodzianka. Przeprowadzająca się z Australii do Stanów dziewczyna, trafia na ostatni rok do liceum swojej wakacyjnej miłości. Tylko niestety, Danny wyłącznie na potrzeby chwili i uniesień zmieniał się w szarmanckiego, czułego młodzieńca. Na co dzień, wysmarowany brylantyną do granic przyzwoitości, jest liderem buntowniczej bandy i razem ze swoimi kumplami wpadają non stop w jakieś „kłopoty”. Nic z tego nie będzie, no, przynajmniej na początku. On wygłupia się z kolegami, ona próbuje odnaleźć się wśród nowych znajomych. I tak żyją sobie obok siebie, smętnie wodząc wzrokiem, z ciągle żywymi wspomnieniami ich letniej miłości… A poza tym tańczą, śpiewają i spędzają czas z innymi…

„Grease” to musical z 1978 roku, co widać. W rolach nastolatków obsadzono „dorosłych”, co rzuca się w oczy i trochę drażni, ale jestem w stanie sobie z tym poradzić. Strasznie spodobał mi się klimat tego filmu, wypełnionego beztroską i pierwszymi podrygami rewolucji społecznej (i seksualnej), co mimochodem wypełnia tło. Ale najbardziej uwielbiam „Grease” za muzykę, za te wszystkie słynne przeboje, które przeszły do historii i które znają wszyscy. Nie przeszkadza ona zupełnie i jest bardzo ważnym i dobrze komponującym się elementem całości. To, że nagle ktoś zaczyna tańczyć i śpiewać, wychodzi naturalnie i bardzo akuratnie. Poza tym, całą robotę robi w tym filmie młody Travolta, jeszcze szczupły, z wąskimi biodrami, którymi rusza jak sam Król Presley, pozbawiony scientologicznej otoczki, genialnie tańczący i śpiewający. W ciągu dwóch lat (1977-78) nakręcił dwa, bardzo podobne filmy („Grease” i „Gorączka sobotniej nocy”), ale to w żaden sposób go nie zaszufladkowało. Uwielbiam go w „I kto to mówi”, kocham za „Pulp Fiction” i za każdym razem, gdy widzę go na ekranie, micha mi się cieszy, ale to właśnie za sprawą tych kręcących bioder z „Grease”.

Ten musical składa się z kilku elementów, które już na starcie dawały mu pełny sukces: jest świetnie zagrany, wytańczony i wyśpiewany, ma lekką, ale przyjemną fabułę i klimat z lat 60tych, od których wszystko się zaczęło.

ON:

To już ostatnie filmy z naszej, trwającej 7 dni, muzycznej podróży przez różne gatunki i różne lata kinematografii. Mieliśmy śpiewane dramaty, były wytańczone obyczajówki, a teraz mamy do czynienia z komedią pełną tańca i śpiewu, komedią, którą z nazwy zna chyba każdy. Mowa o „Grease”.

Gdy pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych powstawały muzyczne perełki, trudno było wybrać te najlepsze. Gdzieś na ekranach pojawiały się młode ówcześnie gwiazdy, które z biegiem lat lekko się spasły i zapisały się do sekty scientologów. Mam na myśli Johna Travoltę. W epoce „Grease” był bożyszczem nastolatek i nie jedna z nich dała by sobie nogę uciąć za wspólnie spędzoną noc. Skąd wzięło się to szaleństwo? Prawdopodobnie wystarczyły dwa filmy „Gorączka sobotniej nocy” oraz opisywany dziś „Grease”.

John był młody i przystojny, stylizowany na Jamesa Deana, więc nie trudno się dziwić, iż nastolatki nie potrafiły mu się oprzeć. Tym bardziej, że w filmie wciela się w rolę Danny’ego Zuko, który potrafi roztopić każdą kobietę.

Opowieść zaczyna się na pod koniec lata, które Danny spędza wraz z wakacyjną miłością – Sandy Olsen (Olivia Newton-John). Już za kilka dni dziewczyna ma wrócić do Australii, a on do swojej amerykańskiej szkoły. Takie rozstania są trudne, ale tak to bywa z wakacyjnymi romansami – kończą się tak samo, jak się zaczęły. Tak oto ich drogi się rozchodzą. Los chce jednak inaczej, okazuje się, że dziewczę zostaje w USA, a co najlepsze ląduje w szkole, do której uczęszcza Danny. Tyle, że poza wyglądem ten facet jest zupełnie innym chłopakiem, mężczyzną bardziej wrednym i chamskim, macho, który musi udowodnić wiele rzeczy przed swoimi kumplami. To typowe. Gdy jest sam na sam z dziewczyną wychodzi z niego romantyk, miękka buła, słodziak, ale w towarzystwie kumpli… eh… Sandy jednak się nie poddaje i postanawia stać się jedną z „różowych dziewczyn” i zawalczyć ponownie po serce młodego zawadiaki.

„Grease” jest uniwersalną opowieścią o dorastaniu, miłości, subkulturach. To także troszkę przekoloryzowany obraz USA lat 50/60-tych, ale kolory dodane przez twórców, są dość barwne i przez to całość ogląda się naprawdę bardzo dobrze. Jest muzycznie, tanecznie i śmiesznie, więc czego trzeba nam więcej? Chyba najbardziej znana klasyka kina muzycznego, no poza „Deszczową piosenką”. Jeśli tylko macie okazję obejrzeć film na BR w 5.1 to tym bardziej polecam, bo to zupełnie inne doznanie, niż stare VHS.