ONA:
Jeśli miałabym wybrać swój ulubiony serial, który ciągle jest tworzony, byłby to „Grey’s Anatomy” – moim zdaniem najlepszy medyczny tasiemiec, jaki kiedykolwiek powstał.
Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, kiedy razem z mamą z wypiekami oglądałyśmy „ER”. Ten serial bardzo mocno ukształtował mój gust, jeśli chodzi o tego typu produkcje. Przez długi, długi czas był niedoścignionym ideałem. Było w nim wszystko: i sprawy stricte medyczno-szpitalne, i romanse, i emocje. Były sytuacje tragiczne i podniosłe. Te prawie 2 dekady temu był zupełnie pozbawiony wad, a panowie Clooney, Wyle i Višnjić mocno podnosili warstwę estetyczną. Wszystkie chciałyśmy, żeby nas przebadali. Niestety, „Ostry dyżur” skończył się w 2009 roku, po 15tym sezonie. I dobrze, bo końcówka była już mega słaba i naciągana. Aktorzy zaczęli coraz bardziej skupiać się na dużym ekranie, no i telewizja ABC od 4 lat z powodzeniem kręciła coś nowego, świeżego i mimo widocznych inspiracji poprzednikiem – coś o wiele lepszego niż „ER”. „Chirurdzy” byli świeższą wersją, która nie była „poprawna”. I jest w nich o wiele więcej ludzkiego tragizmu, niż ciągłe wahania miłostek, z pierwowzoru.
„Grey’s Anatomy” zaczyna się od przypadkowego seksu. Meredith w barze podrywa, tudzież daje się poderwać przez Dereka, przystojnego kolesia, który ma przepiękne włosy. Spędzają ze sobą noc – totalnie bez zobowiązań. I dzień później, kiedy kac miesza się z krępującą sytuacją, ich drogi się rozdzielają. A po chwili, gdy Mer trafia do szpitala, w którym ma rozpocząć staż i w którym Derek jest jednym z najważniejszych lekarzy. Cóż, czeka ich wspólna praca i znoszenie się nawzajem przez co najmniej rok. W między czasie poznajemy resztę bohaterów. Mer nie jest jedyną świeżą krwią. Razem z nią staż rozpoczyna ambitna Christina, chamski Alex, piękna Izzy i pierdołowaty George. Widzimy też lekarzy: nizutką, ale zadziorną doktor Bailey, genialnego kardiochirurga dr Burke’a, ojca całej bandy – szefa chirurgii dr Webbera. I się zaczyna. Christina zaczyna wysublimowany romans z lekarzem od serc, a Mer, mimo początkowej fazy na „nie”, jakoś nie umie wydostać się z ramion Dereka. Co ciekawe! Okazuje się, że on też w szpitalu Seattle Grace zaczyna coś od nowa. Właśnie niedawno uciekł od swojej żony…
Mijają kolejne sezony. Warstwa aktorska zmienia się: tu ktoś odchodzi, potem znowu ktoś się pojawia. Poza ogromną dawką świetnych i dynamicznych spraw medycznych, poza kolejnymi przypadkami, z dużą ilością krwi i zbliżeń na narządy, mamy też tę warstwę, która potrafi przyciągnąć przed telewizory duże dawki kobiet. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o seks i tą szaloną, małą rzecz, nazwaną „miłość”. Zastanawiamy się kto z kim, kto kogo rzuci, zdradzi, uwiedzie. Albo kto umrze w mniej lub bardziej wysublimowany i zaskakujący sposób. Oczywiście, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że całe zło świata: choroby, katastrofy, prywatne problemy rodzinne i miłosne, psychole – to wszystko kumuluje się właśnie na bohaterach tego serialu. Z każdym kolejnym finałem sezonu zastanawiałam się, co jeszcze Shonda Rhimes może wymyślić i zwykle dawała czadu nieźle. Przez te lata nasi bohaterowie, którzy ustali na scenie, zmieniają się. Dojrzewają, nabierają kolorytu. Co więcej, oni nie są idealni. Mają wady, mają problemy. Nie ma praktycznie wątku, który nie zostałby wzięty pod uwagę.
Nie mam ulubionego bohatera, ale w kilku z nich znajduję moje własne psychozy. Jestem fanką od pierwszego odcinka, ale mogę przyznać, że było kilka, które ciągnęły się jak roztopiony ser, który niestety, nie był zbyt smaczny. To nie jest tak, że w każdym odcinku krew leje się strumieniami, na sali operacyjnej są kolejne, finezyjne zabiegi i nagle, ni stąd, ni zowąd kolejny bohater odkrywa w sobie homo-skłonności. Nie. Czasami jest ckliwie, przegadanie, przynudzenie. Ale potem Rhimes funduje mi emocjonalną lobotomię. Dlaczego dziś postanowiłam napisać właśnie o „Grey’s Anatomy”? Bo powoli zmierzamy ku końcowi dziewiątego sezonu, a ja siedzę w piątkowy poranek nad miską paszy z jogurtem, oglądam świeży epizod i wyję sama nie wiedząc dlaczego i po co.
Jeśli nieco ponad 40 minutowy odcinek potrafi wywołać u mnie emocje jak 1,5 godzinny film, to jestem kupiona. Poza tym, ludzie, mam za sobą 15 sezonów „ER”, prawie 9 „Grey’s Anatomy”, kilka odcinków Housa i Dextera, więc obawiam się, że i przykleję profesjonalnie plaster, i odbiorę poród.
