Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

SERIALE

Desperate Housewives (TV Series)

ONA:

Od razu się przyznam do tego, że nie jestem zbytnio serialową osobą. Drażni mnie to wyczekiwanie na kolejny odcinek, drażnią zawiłe problemy bohaterów i to, że w końcu wszyscy z wszystkimi lądują w łóżku. Do seriali podchodzę jak pies do jeża. I działam trochę pod prąd z trendami.

„Dr House” nie zachwycił mnie zupełnie, mimo, że jestem fanką seriali lekarzowych. Obejrzałam raptem kilka odcinków, ale chyba trafiłam na te słabsze. Jeżeli chodzi o seriale około-szpitalne, to ja jestem wierna tylko „Grey’s Anatomy”. Wychowałam się na „ER” i dzięki temu mam solidne skrzywienie i pociągi do Clooney’a. Uwielbiam oglądać seriale w całości, dlatego jak zaczynam coś „nowego” (co niekoniecznie jest nowością), to biorę się za wszystkie serie i najlepiej, jak ostatni odcinek jest ostatnim odcinkiem. Nie gubię wątków, nie zapominam o odcinkach, po prostu – traktuję to jako jeden, długi film. Najczęściej wracam do „Sex and the city”, ale pomijając pierwszy sezon, który był tragiczny i tylko umacnia mnie w przekonaniu, ze lata 90. strasznie krzywdziły kobiety. Jakiś czas temu łyknęłam całą „Ally McBeal” i nagle ten cały śmieszny i dziwny serial zaczął mieć sens! Mamy boxa wszystkich sezonów „Friends” i czekam na zimowe wieczory, żeby przypomnieć sobie perypetie tych wariatów. Teraz oglądam regularnie „Grey’s…”, „Californication” (wściekając się, że tak fajna historia w ostatnim sezonie została beznadziejnie pokierowana) i „Sherlock’a” (do tej pory pojawiło się 6 odcinków, które zjedliśmy bez mrugania, chcemy więcej!). Mam jeszcze jeden ulubiony serial, który zakończył już emisję, więc stanowi „całość”. Zatem do dzieła. Dziś kilka słów o „Desperate Housewives”.

Wszystko zaczęło się w 2004 roku, kiedy padł pierwszy klaps na planie „Gotowych na wszystko”. O dziwo, w naszym drogim kraju, które kocha się jak chore dziecko, pojawił się już 1,5 roku później, a kolejne odcinki można było oglądać na Polsacie. Bohaterkami są kobiety, przyjaciółki, które na pierwszy rzut oka mają wszystko. Mieszkają w pięknych domach, w bajecznej okolicy, a ich osiedle wydaje się być wręcz bajkowe. Białe zęby, piękne ciała, białe płoty, piękne zasłony. Dzieci ładne, mądre i grzeczne. Mężowie ładni, mądrzy, grzeczni i wierni. A one – ideały. Wszystko jednak ma drugie dno, które w każdym odcinku nieco się powiększało. I właśnie – pierwszy odcinek od razu jest mocny. Nie ma mowy o zwykłych problemach, które kręciłyby się wyłącznie wokół plam i przypalonych obiadów. W jednej z pierwszych scen widzimy samobójstwo Mary Alice, która jednak nie znika z serialu. Jej głos będzie naszym narratorem, który poprowadzi nas przez kolejne wydarzenia. Poznamy w końcu jej całą historię, jak to się stało, że pojawiła się na osiedlu i dlaczego była jednocześnie bardzo otwarta i jeszcze bardziej tajemnicza. W końcu poznajemy jej najczarniejsze strony i powód, przez który odebrała sobie życie. Kolejną bohaterką jest Bree. Ta piękna, rudowłosa kobieta, jest żoną i matką idealną. Przypomina amerykańską gospodynię domową z lat 50, z nienaganną fryzurą i kołnierzykiem, z rewelacyjnym domem i ogromnym talentem kulinarnym. Dla mnie to niedościgniony wzór. Może temu, że nie prasuję. Bree to jednak kobieta, która jest, w moim odczuciu, potwornie zagubiona i nieszczęśliwa. Kilka małżeństw i związków, które były zupełnie bezsensu, dzieci, które przynosiły więcej problemów niż radości, do tego dodajmy alkoholizm i tendencję do nadmiernego „opiekowania” się wszystkimi. W jednym z ostatnich odcinków widzimy historię z pierwszego – znowu rewolwer przy skroni… Zupełnym przeciwieństwem rudej była Gabi – ex modelka. Jej pochodzenie było słabe, a molestujący ją ojczym (sprawa również pojawia się w serialu) namieszał jej solidnie w głowie. Chciała za wszelką cenę uciec z piekła domowego i udało się jej. A gdy już osiągnęła szczyt w swojej karierze stwierdziła, że może pobawić się w żonę i matkę. Ale wychodziło jej to średnio. Okej, ma męża, który rozpieszczał ją ile tylko mógł, ale przecież młody ogrodnik był taki apetyczny! Jak się z czasem okazało, małżonkowie byli siebie warci, ale w końcu, w ostatnim sezonie, utwierdzili widzów w przekonaniu, że potrafią przejść przez każdą burzę zwycięsko. Zupełnie odwrotnie do losów kolejnej z bohaterek, Lynette. Była bizneswoman, obecnie maszyna do rodzenia, z zawsze „domowymi” włosami i ciuchami. Na tle idealnych koleżanek wyglądała blado. Ale jednak wyróżniało ją to, że była najrozsądniejsza. Była też ogromną perfekcjonistką i wszystko musiała zrobić najlepiej. Do tego zawsze bardzo wspierała swojego męża i dzieci we wszystkich, nawet najdurniejszych pomysłach. Ale pod koniec serialu, jej małżeńskie problemy przybrały ogromny rozmiar i pojawił się gigantyczny kryzys, zakończony rozstaniem. Chyba była moją ulubioną bohaterką. Najmniej mnie jej postać irytowała. Z kolei najbardziej drażniła mnie Susan. Można o niej powiedzieć, że jest pierdolniętą artystką, która ma solidne problemy z samą sobą. Jej życiowe wybory były beznadziejne. Pierwszy mąż okazał się draniem, a z drugim miała dość dużo problemów. A gdy problemy się już skończyły, ktoś go zastrzelił, więc jak widać, szczęście nie ma do niej po drodze.

Oczywiście, w każdym sezonie pojawiało się grono nowych bohaterów, którzy przychodzili i odchodzili (najczęściej ginęli). Każdy odcinek, każdy sezon, to było jedno wielkie knucie i tropienie prawdy, a wszystko ubrane w piękne falbanki i sztuczne uśmiechy. Każdy z bohaterów bowiem, okazał się nieszczery, każdy miał coś na sumieniu. Raz były to błahe sprawy, raz – trupy w skrzyniach. Warto podkreślić, że film jest absolutnie poprawny politycznie. Są w nim wszystkie możliwe rasy, religie, płcie, pociągi seksualne. Tylko wszystko jest mega brudne, mega tajemnicze i nikt nie wie, kto kogo zabił i dlaczego. Niesamowicie podobało mi się to, że każdy odcinek stanowił część historii, która najczęściej wyjaśniała się dopiero w ostatnich odcinkach. Oglądałam historie z wypiekami na twarzy. Serial broni się przede wszystkim tym, że jest inny.

Bo wiecie jak jest, „Everyone has a little dirty laundry…”