Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Han Solo: Gwiezdne Wojny historie – recenzja

Han Solo Gwiezdne Wojny historie - recenzja1

Powiem tak… Cokolwiek nie napiszę dalej, dla mnie oglądanie Star Wars to gigantyczna przyjemność. Niezależnie od części, od historii, ja po prostu się tym jaram i zawsze jakaś część mnie będzie klaskała w dłonie i przebierała nogami na myśl, że wchodzi do kin kolejny epizod.

Han Solo: Gwiezdne Wojny historie – recenzja

Nie miałam szczęścia, by części 1-3 oglądać na dużym ekranie. To niewymowna dla mnie strata, bowiem „Zemsta Sithów” jest moją ulubioną częścią. Na części VII płakałam, a na Łotrze byłam cztery razy. I dosłownie wyłam, bo Carrie Fisher już nie żyła. I odczuwam jakąś chorą potrzebę chodzenia na przed-premierowe pokazy, co na ogól kończy się tak, że w środku tygodnia wychodzę z kina po północy, czyli w domu jestem NAD RANEM.

Tym razem od snu odciągnął mnie Han Solo. I cholera… ja jakoś od początku miałam bardzo mieszane uczucia co do tego filmu. Z jednej strony: super, bo to największy bej w historii galaktyki, badass, który rozkochał w sobie księżniczkę, który był lojalnym przyjacielem i dla wielu stał się role model na całe życie.

Wypuścili trailery. Ekscytacja milion, a po obejrzeniu ich. Cholera, to nie to! Co oni zrobili najlepszego?! Ja rozumiem, że Harrison Ford ma już milion lat (ale wygląda świetnie) i od jakiś czterdziestu chciał uśmiercić Hana (wow, wreszcie mu się udało). Przed Aldenem Ehrenreichem stanęło gigantyczne wyzwanie. Jak ma zagrać legendę? Aparycja to jedno. Ale Han przesiąknięty był Harrisonem. Mam wrażenie, że większość widzów pójdzie na ten film, by zobaczyć jak sobie poradził. Moim zdaniem – uniósł to. Fajnie się uśmiecha, ma lekką nonszalancję. I tyle, niestety.

Jeśli chodzi o innych bohaterów, zdecydowanie wyróżnia się nowy Lando (Donald Glover). Jest świetny i super stylowy. Emilia Clarke jako Qi’Ra – hipnotyzuje. Bardzo dziwna postać. Bardzo dualistyczna. Zaskakuje. I ma piękną szyję.

Bardzo jaram się rolą Woody’ego Harrelsona. Jako Beckett – szemrany typ, wypadł kapitalnie. Także zaskakuje. Ja go bardzo lubię. Fajnie, że coraz częściej pojawia się w kinie.

Jeśli chodzi o obsadę – zero zastrzeżeń. Nawet ten Alden. Tak to miało wyglądać.

Za to mnóstwo zastrzeżeń mam do historii, do słów, do pieprzonego scenariusza. Nuda!!! Ten film był okrutnie nudny z raptem kilkoma zrywami. Snuł się straszliwie. Był dziurawy, trochę niechlujny, ale serio – najbardziej przeszkadzało mi to, że próbowali nadgonić jakimiś pseudo fajnymi rzeczami, a tu brakowało wszystkiego. Plus wygląda strasznie tanio. Miałam wrażenie, że jedna z bohaterek ubrana jest w domofon z klasycznej katowickiej kamiennicy. W domofon!

Czy przy tym filmie pracowali tylko debiutanci? Czy rzucili stażystów na głęboką wodę? „Macie, róbcie film!” – bo jeśli tak, to pragnę poinformować, że to widać! Że to słychać! Że film, który należy do kultowej sagi, WYGLĄDA ŹLE, NIE WCIĄGA, NIE PORYWA, NIE BUDUJE ŻADNYCH EMOCJI.

Jest mi po prostu przykro. Miałam dziwne wrażenie, że wszyscy dość łatwo położyli lachę na tej części. Jest niedopracowana i dużo się tu po prostu nie zgadza. Byłam przekonana, że jedynym słabym elementem może być nowy Han: praktycznie debiutant, z super dużą presją na sobie… Że on może okazać się za słaby.

Tymczasem słaby nie był. Wszystko inne było.

I teraz konkluzja: to i tak w żaden sposób nie zniechęci mnie do jarania się „Gwiezdnymi wojnami”. Brakowało mi emocji, gęsiej skórki, wzruszenia i jarania się tym, że jestem w gronie podobnych jak na nawiedzonych nerdów, młodszych i starszych ode mnie, którzy w nocy siedzą w kinie, w koszulkach z Vaderem i wpatrują się w ekran, odliczają do kolejnej części i nawet, jak coś nie styka, to i tak jarają się tym, że są w tym świecie, w tej społeczności.

Tagi: Han Solo: Gwiezdne Wojny historie – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów