Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Hard Candy

ONA:

Nastolatki. Najbardziej irytująca, wkurzająca i męcząca grupa społeczna, która przeskoczyła moherowe babcie, biskupów z wziernikami, polityków, którzy co miesiąc dymają mnie bardziej i bardziej za pomocą kolejnych podatków. A dlaczego? Bo w odróżnieniu od całej reszty, nastolatki mają facebooka, blogi, flogi i całą resztę piekielnych wytworów. Ale nie bądźmy hipokrytami, jeszcze pamiętam to, co działo się dekadę temu i przyznam, że było REWELACYJNIE!

Moja nastoletnia banda, z którą przebywam na co dzień, ma momenty. I te dobre, i te złe. Czasami są kochani, bardzo pomocni i mega zabawni, czasami mam ochotę ich podusić i wierzcie mi – zasługują na to, żeby nie powstrzymywać się. Ale na ogół jest dobrze. Spokój ciała i ducha zdobyłam za pomocą przycisku „Pokaż w aktualnościach” na FB i teraz już nie widzę ich przypałów, słitaśnych fotek i statusów związku, które zmieniają się częściej, niż kolejne fazy księżyca. Gderam, wiem. Ale jak już jesteśmy przy pastwieniu się nad nastoletnim pokoleniem, czas zestawić to z filmem, który widziałam niedawno. O nastolatce. O pedofilii. Z tajemnicą, która wyjaśniona zostanie dopiero w ostatnich pięciu minutach filmu. Dziś będzie o „Hard Candy” z Ellen Page w roli głównej.

Historia z przestrogą dla wszystkich. Hayley Stark ma 14 lat i jest diabelsko inteligentna. Łyka swoich rówieśników swoim sposobem dedukcji, ciekawością i ochotą na łykanie wiedzy. Zaczytuje się w dziełach poważnych autorów, jest pewna siebie. I wchodzi w śmiertelnie niebezpieczną grę z pewnym uroczym fotografem. Zaczynają ze sobą flirtować na internetowym czacie i to tak ostro. Oboje wiedzą jaka dzieli ich różnica wieku, ale intelektualnie są na podobnym poziomie. Fascynują się wzajemnie. I czuć tam lekką nutkę seksualnego napięcia. W końcu się spotykają w kawiarni. Żartują, naśmiewają się z tej pedofilskiej różnicy wieku i w końcu decydują się pojechać do niego… A tam się zaczyna. Nakręcona jak po dragach Hayley przeradza się w okrutną bestię, która za wszelką cenę chcę zdekonspirować Jeffa. Robi mu pranie mózgu, które ma na celu wyznanie prawdy. Hayley chce by fotograf, specjalizujący się w zdjęciach półnagich nastolatek przyznał się – jestem pedofilem. Najpierw odurza go farmakologicznie, potem go poddusza, a kolejnym etapem zabawy w kotka i myszkę ma być kastracja. Co to dla zdolnej i bystrej nastolatki, która wie, że książki, szczególnie te grube knichy medyczne, nie służą jedynie do podpierania łóżka, które podczas figlowania z chłopakiem straciło nogę. A kastracja to ponoć jeden z najprostszych zabiegów chirurgicznych. Czas start.

Gówniara jest dobra w tym co robi. Ale jednocześnie jest tak okropnie irytująca, że mimo, że Jeff jest podejrzany o pedofilię, zaczynamy z nim sympatyzować. Panna Stark powoli odkrywa wszystkie jego karty, ale do oficjalnego przyznania się nie umie doprowadzić. Jej głównym celem, poza pozbyciem go dyndającej męskości, jest doprowadzenie go do samobójstwa. Tylko tak bez wstydu świat uwolni się od tej gnidy. Jej cyniczne i sadystyczne zabiegi sprawiają, że Jeffa zaczęło mi być najnormalniej w świecie żal. Żal, bo wiem jak pieprznięte potrafią być nastolatki i jak bardzo potrafią być w tym przekonywujące.

Film do końca jest jedną, wielką niewiadomą. Jest w nim kilka zwrotów akcji i zaskakujących momentów. A finał – palce lizać. Co ciekawe, twórcy poszli w absolutny minimalizm tła i wątków pobocznych, ale tylko na pierwszy rzut oka. Całość pokazana jest dopiero pod koniec Idźmy dalej – pełna obsada to zaledwie 5 osób, z czego 3 pojawiają się na dosłownie minuty. To dodatkowo potęguje wrażenia. Ellen Page jak zawsze w rewelacyjnej formie, aczkolwiek fryzurę dostała dość ohydną. Jej słodka buzia trąci psychozą z wysokiej półki. Ale w tym filmie nie jest nic oczywiste. Polecam, mimo, że reżyser popełnił też „30 dni mroku” (mamy reckę w planach niedługo) i „Zaćmienie” z sagi o błyszczących wampirach…

ON:

Jeśli chodzi o kino ambitne, to bardzo lubię „Rambo”, a tak serio – nie bardzo przepadam za przekombinowanymi dramatami czy obyczajówkami, poruszającymi „drażliwe i ciężkie tematy”. Czasami zdarzy mi się takowe oglądać, ale meczą mnie one. Myślę, że dlatego, iż 90% z nich przedstawia problemy w podobny, dla mnie nudny sposób. Oczywiście, od tej reguły są wyjątki, np. „American History X”, „Nieodwracalne” czy „Requiem dla snu”. W nich chujoza potrafi być sprzedana w sposób, który nie tylko potrafi przybić, ale i dać do myślenia. Po seansie masz ochotę zastanowić się raz jeszcze dlaczego właśnie tak się stało?  Dlaczego ten problem poruszyli reżyser i scenarzysta? Co ja bym zrobił w takiej sytuacji?

W ramach „uczłowieczania” mojej lepszej połowy, zaserwowałem jej „Twardy cukierek”, czyli „Hard candy”, a w polskiej wersji „Pułapka”. Niskobudżetowy film Davida Slade’a, który w dość przewrotny sposób przedstawia problem pedofilii we współczesnym świecie. Co ciekawe, dobrze zapowiadający się reżyser, popełnił jeszcze sensowne „30 dni mroku”, a potem „dup” – nominacja do „Złotej maliny” za „Sagę Zmierzch: Zaćmienie”. Ale oderwijmy się może od filmu dla nastolatek, kochających EE, czyli Emo Edwarda i wróćmy na ziemię.

Zaczyna się niewinnie. Na ekranie pojawiają się kolejne dymki rozmowy na czacie. Wynika z niej, że rozmawia mężczyzna i kobieta. Choć po chwili wychodzi na jaw, że mamy do czynienia raczej z dziewczynką, niż dojrzałą kobietą. Kilka tygodni wspólnego pisania musi skończyć się spotkaniem w realu. Kawiarnia jest neutralnym terenem, na którym wreszcie możemy zobaczyć oboje. Hayley Stark ma 14 lat, jest słodka, niewinna i naiwna. Jeff Kohler to 32 letni przystojny i zadbany fotograf. Takie tam spotkanie kończy się po chwili za ciężkimi drzwiami domu mężczyzny. Dziewczyna zamiast wody lub soku proponuje, aby napili się alkoholu. Kokietuje gospodarza, zaczepia go, kusi. Jaki w tym ma cel? Wszystko okaże się w dalszej części filmu. Teraz zaczyna się specyficzna, chora gra, w której nie do końca wiadomo kto jest ofiarą, a kto zwierzyną. Film jest dość długi, bo tra ponad 100 minut, dodatkowo jest to kino dwójki aktorów: Ellen Page oraz Patricka Wilsona, gdyż tylko oni będą nam towarzyszyć przez 90% czasu, jaki spędzimy przy ekranie. Reżyser skupił się na emocjach i widać je w tym filmie bardzo dobrze. Wszystko dzięki zbliżeniom na bohaterów, na ich twarze. Takie drobne zabiegi plus scenariusz, w którym nie do końca wiadomo jaki będzie finał spowodowały, że film zaraz po swojej premierze zaczął zbierać bardzo wysokie oceny wśród recenzentów i widzów.

Myślę, że zdania na temat „Hard candy” są podzielone, dla jednych (w tym dla mnie) to naprawdę dobry film, który porusza poważny problem. Dzięki wrzuceniu go do kategorii thrillerów obyczajowych zyskał on o wiele więcej, niż gdybyśmy mieli do czynienia ze zwykłym, oklepanym dramatem. Aby w całości czerpać z obrazu trzeba się na nim skupić, gdyż diabeł tkwi w szczegółach.