Le pacte des loups

ONA:

Mogłabym powiedzieć, że „Braterstwo wilków” to jeden z nudniejszych filmów jakie widziałam. Mogłabym powiedzieć, że obrady sejmu RP są bardziej emocjonujące. Mogłabym powiedzieć, że w tym filmie wszystko jest nie tak. I wiecie co? TAK WŁAŚNIE JEST! Wynudziłam się jak mops i przez cały czas łudziłam się, że w końcu coś zacznie się dziać. Niestety… A mogło być tak dobrze.

Mamy Francję w czasach Ludwika XV. W jednej z wiosek, która jest zupełnie odcięta od świata, dzieje się coś złego. W tajemniczych okolicznościach giną kolejne osoby. Wśród mieszkańców, którzy nawzajem się nakręcają, zaczyna zdrowo rozwijać się panika, a legenda o Bestii z Gevaduan. Sprawdziłam w sieci – faktycznie, ta historia występowała kilka wieków temu i do dziś jest pełna nieznanych i nierozwiązanych hipotez. Temat ciekawy, nie ukrywam. Ekranizacji w 2001 roku podjął się Christophe Gans i oto powstało „Le pacte des loups” (po francusku to brzmi rewelacyjnie!). Ekranizacja krąży wokół tajemniczej bestii i dwóch mężczyzn, którzy zaczynają ją tropić i powoli rozwiązują zagadkę. Gregoire i Mani bawią się w detektywów i idzie im to bardzo dobrze. Dochodzą dość szybko do pewnych zaskakujących faktów. Po drodze jest trochę uwodzenia i jedna scena łóżkowa. Co prawda na konia siada Monica Bellucci, ale w ogólnym rozrachunku i to jest nudne. Oczywiście, jak można domyśleć się po pierwszych scenach, za tą całą bestią stoi jakiś człowiek. Finał jest banalny.

Nie można powiedzieć, że film nie jest ładny. Europejskie kino prowadzi nieco inaczej kamerę, zdjęcia zachwycają, podobnie jak kostiumy, wnętrza – wszystko pozwala nam przenieś się w inną epokę. Aktorzy zagrali rewelacyjnie, mimo, że ich role były karykaturalne. I na tym zalety się kończą. Fabuła jest zakręcona, ale i tak oczywista. Poważnie, każdy w miarę ogarnięty widz dość szybko zgadnie kto jest winny. Sposób budowania napięcia przypomina „Kuchenne rewolucje” i finałową ocenę lokalu przez Magdę Gessler. Na widza czeka masa spowolnień, a one działają usypiająco. Pod koniec filmu, kiedy setny raz zapytałam Dawida „Dłuuuugo jeszcze?”, miałam wizję: ja, ogromny głaz, owinięty liną, wysoki most a pod nim rwąca rzeka. Czytając różne pozytywne opinie w sieci, wiele osób podkreśla, że niesamowite są sceny walki. Przepraszam, że jakie? Już daaaawno temu, gdy powstawał pierwszy „Matrix” zauważono, że te sceny muszą być niezwykle dopracowane. Nic mnie nie zaskoczyło w „Braterstwie wilków” – walka tym bardziej.

Film jest jałowy. Film jest zdecydowanie za długi i ekstremalnie, poważnie – EKSTREMALNIE nudny. Nawet nie na jedno obejrzenie. Nie ma w nim nic wartościowego.

ON:

Są takie filmy, którym nie udaje się przejść próby czasu. Co było dla nas dobre kilka lat temu, przestało być ciekawe obecnie. Jeśli w przypadku muzyki zauważam coś takiego dość rzadko, to w przypadku filmów taka sytuacja przytrafia mi nader często. Ostatnio w ramach weekendowego chillu odpaliłem „Braterstwo wilków” i cieszę się, że Paulina pozwala mi jeszcze ze sobą spać. Dlaczego? Bo ona uważa ten film za największą kupę jaką oglądała i myśli, że musiała go oglądać za karę. A co, jak jest niegrzeczna, to niech cierpi katusze. Ale tak na poważnie, to jedenaście lat temu ten film mi się naprawdę podobał. Możliwe, że spowodowane to było tym, iż widziałem go w kinie, na wielkim ekranie? A może dlatego, że byłem młodszy i mniej oczekiwałem od kina? Ciężko mi powiedzieć.

Pomysł był wprost genialny. W małej wiosce gdzieś w Ludwikańskiej Francji, grasuje bestia zabijająca kolejne osoby. Ilość trupów jest tak ogromna, że król decyduje się na wysłanie swoich ludzi, w celu sprawdzenia co tak naprawdę dzieje się w Gevaudan. Do zabitej dechami, zapomnianej przez Boga dziury przyjeżdża dwójka mężczyzn. Grégoire de Fronsac – nadworny botanik oraz Mani, jego  indiański przyjaciel. Ich zadanie jest jasne – złapać bestię. Jednak potwór to nie jedyne zmartwienie przyjezdnych,. Problemem jest również grupa możnych, zamieszkująca okolice. Każdy z nich ma coś za uszami. To takie zaściankowe smrody, rozchodzące się między innymi, a każdy kto je wdycha udaje, że wcale ich nie czuje. Przyjezdni robią oczywiście ogromną furorę, bo wiadomo światowi to ludzie, oczytani, obeznani, sypiający się z elitą i aktoreczkami. Przyjęcie jakie im sprawiono jest wręcz dworskie. Wszystko tak pięknie przypudrowane, taki przepych, taki blichtr. Widać jak wiejski zaścianek bardzo chce być światowy, dworski, jak ciągnie go do polityki i Paryża. Wśród całej mieszaniny dziwaków znajdą się jednak jednostki niewinne i urocze. Jedną z nich jest Marianne, siostra porywczego, okaleczonego podczas pobytu w Afryce Jean-Françoisa de Morangias. Dziewczę jest zalotne, śmiałe, ale nadal cnotliwe. A wiadomo, zakazany owoc smakuje najbardziej. W tamtych czasach były dwie przyjemności: picie i dupczenie, z czego na dupczenie umierało więcej osób niż z przepicia. Ah te choroby weneryczne. Mamy więc wątek dworski, teraz musimy poruszyć niebo i ziemię aby odnaleźć bestię. Problem jest taki, że w filmie mamy kilka scen, które zupełnie nijak się mają do fabuły. Czerwonoskóry Mani uprawia jakieś indiańskie kung-fu-jitsu, z francuską cyganką, jej dwoma facetami i dwoma brzydkimi rudymi laskami. Po co? Po kiego? Nie wiem ja i chyba nikt. Poza tym polowanie zaprowadziło naszych bohaterów do najniebezpieczniejszego miejsca na ziemi, w którym żyją wilgotne, mokre bestie. Dotarli do burdelu. Okazuje się, że na prowincji przybytki te mają się całkiem, całkiem. Można powiedzieć, że są luksusowe. Widocznie ślady są tutaj tak ważne, że panowie wracają tutaj kilka razy. Dobra, nareszcie akcja się ruch… znaczy rusza. I pierwszy raz widać bestię w całości. Dzieje się to podczas nocnego spotkania naszego naukowca i podróżnika z Marianne. Coś wielkiego rozniosło na kawałki wiejską chatę i już miało mlasnąć dziewczynę, gdy gdzieś na bagnach zdawało się zasłyszeć gwizd, dźwięk, który przywołał stwora. Jesteśmy gdzieś w połowie filmu.

Wszystko w tym dziele jest niezłe, tyle, że po tych jedenastu latach ten poziom jest za niski, aby mnie wciągnąć i zabawić. Za dużo polityki, a za mało akcji. Kawałek tyłka i piersi Moniki Bellucci, szalony Cassel i całkiem ładnie zdjęcia nie naprawią dłużyzny, jaka wdarła się pomiędzy poszczególne sceny. Film niezły, ale w 2001 roku. Dziś niestety zjada go konkurencja.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad