Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Heat

ON:

W 1989 roku Michael Mann stworzył 92 minutową opowieść „Wydarzyło się w Los Angeles”. Miał to być pilot serialu, który nigdy nie powstał. Opowieść ta nie była idealna, ale sześć lat później posłużyła reżyserowi jako podwaliny do stworzenia jednego z najlepszych filmów sensacyjnych, jakie miałem okazję oglądać. „Heat” jest doskonały w każdej swojej minucie. Dla mnie perfekcyjne jest wszystko: muzyka, dźwięk, gra aktorska, postacie oraz scenariusz. Mann już wcześniej pokazywał, że potrafi zrobić dopieszczone kino sensacyjne, między innymi w „Thief” z 1981 roku oraz telewizyjnym „Crime Story”.

„Heat” trwa praktycznie 3 godziny, a po napisach końcowych nadal czujemy pewien niedosyt. Wszystko dlatego, że przez te 170 minut jesteśmy bardzo blisko postaci. Dzięki temu dość szybko poczujemy sympatie i antypatie do poszczególnych osób. Dodatkowo każda z nich wydaje się naprawdę prawdziwa, a co najważniejsze – jej zachowanie nie jest naciągane. Kodeks, który im towarzyszy, jest przestrzegany do samego końca. Każdy dąży do tego, co zaplanował.

„Heat” to przede wszystkim rozgrywka, partia szachów pomiędzy świetnym gliną z problemami osobistymi, porucznikiem Vincentem Hanna a genialnym złodziejem i włamywaczem Neilem McCauley’em. Neil wraz ze swoją „sprawdzoną” grupą współpracowników, planuje skok na furgonetkę przewożącą papiery wartościowe. Chcą zgarnąć akcje na okaziciela, należące do niejakiego Van Zanta. Tym razem brakuje im jednak jednego faceta i biorą kogoś „z polecania”, jest to niejaki Waingro. Niestety, podczas skoku okazuje się, że facet ten jest świrem skorym do przemocy i zwykły napad kończy się trzema zabójstwami. Po wszystkim na miejscu pojawia się Hanna, który zaczyna prowadzić sprawę.

W tym momencie zaczynają pojawiać się kolejne wątki. Poznamy rodzinę Vincenta Hanna oraz jej problemy problemy. Pojawi się osoba niejakiego Nate’a, kumpla Neila, który pomaga im upłynnić towar. Van Zant będzie chciał się dogadać w sprawie odkupienia akcji, a Waingro okaże się jeszcze większym zjebem, niż się wydawało. Oczywiście to nie wszystko, bo Mann postanowił nam zaserwować bardzo rozbudowaną wersję „Wydarzyło się w Los Angeles”. Każdy z tych wątków jest poprowadzony perfekcyjnie i kończy się w odpowiednim momencie. Genialne!

Oczywiście core opowieści, to ta subtelna walka charakterów: Hanna vs McCauley. Obaj panowie kierują się własnym kodeksem honorowym i własnymi zasadami. Mann postanowił nie zwlekać z wzajemną konfrontacją tej dwójki. Już w pierwszej części filmu obaj mężczyźni mają okazję przeprowadzić rozmowę w cztery oczy. Wspólna kawa i wymiana kilku zdań pozwala im poznać się wzajemnie. Obaj wiedzą, że mają do czynienia z facetem starej daty, mężczyzną żyjącym według swojego dekalogu, którego będzie przestrzegał do końca dni.

„Heat” to także fenomenalna ścieżka dźwiękowa. Mann postanowił, że będzie ona „widoczna” w jego obrazie i tak też jest. Każdy znany z płyty kawałek przypasowany jest do odpowiedniej sceny i jest to fenomenalny zabieg. Podobnie było w „The Rock”.

Dla mnie „Gorączka” jest filmem niedoścignionym. Mann zrobił perełkę, która ma 20 lat i która zupełnie się nie zestarzała. Kocham ten obraz miłością fanatycznego, oddanego wielbiciela. I jeśli ktoś z Was nie miał okazji obejrzeć tego działa, to powinien to niewątpliwie zrobić.

ONA:

Między mną a Dawidem jest 6 lat różnicy wieku. Podczas gdy ja gubiłam mleczaki, on uciekał na seanse do kina. Ja oglądałam „Panią Kredkę”, a on klasyki z lat 90. i to w kinie. Często jest tak, że jego „Widziałaś… *tu tytuł*”, a ja muszę przecząco pokiwać głową. Ale nadrabiam! I jedną z takich pozycji, obok której nikt nie powinien przejść obojętnie, jest „Gorączka” Michaela Manna, która jest filmem o sile charakteru w dwóch zupełnie różnych ujęciach.

Vincent Hanna (Al Pacino) to twardy gliniarz, który postępuje zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym, według swojego kodeksu. Niestety, zarówno prywatnie, jak i zawodowo, ma trochę pod górkę… Neil McCauley (Robert De Niro) stoi po tej drugiej stronie – jest przestępcą, złodziejem, ale dla niego również honor stoi na pierwszym miejscu. Honor i lojalność. Jak łatwo można wydedukować – drogi obu mężczyzn skrzyżują się, gdy podczas niezbyt udanego napadu, jeden z ekipy Neila popełnia nieodwracalny błąd, po którym zostają ofiary śmiertelne… Hanna poluje, McCauley musi uważać… Tylko jeden z nich może wygrać.

„Gorączka” to film jak na mnie i moje „standardy” – bardzo długi. Tylko tego zupełnie nie czuć. Ma swoje tempo i przy pomocy skutecznych środków – ciągle trzyma widza za gardło, żeby nie powiedzieć, że za serce i przez dupę. Jest to dzieło mocne i wciągające, dające do myślenia i uświadamiające wiele, np. to, że miarą faceta, takiego z krwi i kości, nie jest długość jego penisa, tylko siła charakteru oraz to jak go wykorzystuje.

W rolach głównych dwóch genialnych aktorów, którzy razem wyciskają z tego filmu wszystko co najlepsze. Są różni, ale tylko paradoksalnie, bo przy głębszej analizie można dojść do wniosku, że są tacy sami. Michael Mann dał im pole do popisu, a całość jest po prostu genialnym dziełem. Tu nie ma słabych elementów. Muzyka, scenografia, scenariusz i obsada grają ze sobą świetnie. To jedno z tych dzieł, o którym można powiedzieć, że nie wymaga zmian w żadnym punkcie. To kino akcji na najwyższym poziomie, wzbogacone o nieco psychologiczne i dramatyczne wątki, które dodają mu kolorytu. Jest też tu trochę miłości, ale bez przesady.

W myśl zasady „Lepiej późno, niż wcale” – tym, którzy nie widzieli tego dzieła, polecam szybko nadrobić zaległości.