ONA:

Moja mama miała kiedyś ogromną fazę na oglądanie programów związanych z medycyną sądową. Żałujcie, że nie widzieliście jak ona potem rozcinała kurczaka na obiad… Precyzja mistrzowska. Klasyczne nacięcie w kształcie litery Y, ale potem zaczynała się zabawa. To cud, że nie zostałam wegetarianką…

Mam też kolegę, który „lubi się sprawdzać”. I pewnego dnia postanowił, że chciałby zobaczyć sekcję zwłok. Dostał się na salę na totalnym nielegalu, ale był. Na pytanie o wrażenia mówił, że najgorszy jest smród i mlaskanie kolejno wyjmowanych organów.

Przypomniałam sobie o tym wszystkim podczas czytania książki „Umarli mają głos”, napisanej przez Marka Krajewskiego, któremu pomagał Jerzy Kawecki, biegły sądowy, specjalizujący się w szukaniu prawdy z ciał ofiar…

Pożarłam tą książkę podczas jednego popołudnia, gibając się w hamaku i wystawiając pysio do słońca. Jest makabrycznie dobra, przy czym słowa „makabrycznie” mogłabym użyć do opisu także fabuły. Jest tu wszystko, czego można się spodziewać po opowieści z „pracy” koronerów. Jest kilka mrożących krew w żyłach spraw, jest kilka analiz, a także sporo z pracy lekarzy patomorfologów. Jest też rubaszny, makabryczny żart, który fachowcom nieco rozjaśniał warunki pracy. Jest tu wszystko to, co może być związane ze śmiercią: nagłą, dziwną, tajemniczą – bo każda ma jakiś powód. Kawecki życie zawodowe spędził robiąc sekcje zwłok, po to by poznać z jakiego powodu dana osoba straciła życie. Czy stało się to przez przypadek? Czy może ktoś w tym pomógł? Zawsze w ciele zostaje ślad. Trzeba go znaleźć i jak po nitce do kłębka – dojść do odpowiedzi. Bo nawet umarli mają głos.

Marek Krajewski już na wstępie, w przedmowie, rozwiewa wszelkie wątpliwości. Jego dzieło, będące zapiskiem wspólnych rozmów z Jerzym Kaweckim, ma ukryte tożsamości, ale opiera się na faktach, na prawdziwych wydarzeniach, na które koroner napotkał podczas swojej kariery zawodowej. Jest różnie: bywa bardzo ciężko, ale jest też zaskakująco. Każda opowieść jest inna i dotyka innego problemu. Tak, jest też nekrofilia. Jest śmierć rytualna. Są zabójstwa – mniej lub bardziej misternie zaplanowane. Świetna lektura na spokojne, niedzielne lenistwo. Albo do poduszki.

Ps. Jest też tu sporo „humoru” – jak na taką lekturę. Z jednej strony wyciąganie organów, ważenie, badanie ich, szukanie śladu powodu śmierci, a z drugiej – nazywanie zalegającego w ciele człowieka płynu „barszczem”.