Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Aquaman – recenzja

Aquaman - recenzja1

Aquaman – recenzja

Jestem z teamu Marvell, w uniwersum DC mało jest postaci, które są jakieś wyjątkowe. Batman mnie nie rusza, śmieszni kolesie w trykotach tym bardziej, Superman to ulizany goguś, a jedyny film, który do tej pory był zjadliwy to “Wonder Woman”. Ok, nie mogę zapominać, że DC to także Vertigo, czyli Constantine, albo Lucek, jednak trzeba pamiętać, że to inny świat. I teraz przychodzi chwila, że muszę iść do kina na „Aquamana” i zastanawiam się, czy będzie to czas stracony. Przecież to film o kolesiu, co lubi towarzystwo ryb, czyli od początku cała sprawa lekko cuchnie i można powiedzieć, że to śliski temat. Teraz mogę odszczekać, bo najnowsze dzieło ze świata DC jest naprawdę dobre.

Podwodna space opera

Za reżyserię filmu odpowiada James Wan, ten sam, który ma na swoim koncie dwie części niesamowitej “Obecności”. I widać od początku, że jest to kino zupełnie inne, niż to, które znamy między innymi z nędznego “Batman v Superman” czy też zniszczonych przez niego „Watchman”. Nie wiem, co się dzieje, ale nie reżyserował on „Wonder Woman” i teraz nie maczał palców w reżyserkę „Aquamana” i filmy te wnoszą do Universum coś nowego.

Dziełu Wana bliżej do wielogatunkowej opowieści niż do typowego kina bohaterskiego. Mamy tutaj bowiem space operę w najlepszym wydaniu, chociaż nie znajdziemy tutaj statków kosmicznych i gwiezdnych bitew, a nasz bohater nie lata z blasterem i nie strzela do gwiezdnych złoczyńców. To też opowieść drogi, a także ukłon w kierunku przygodowej opowieści akcji, z twardzielami w rolach głównych. Tak, mowa tu o takich zawadiakach, jak doktor Jones, czy też Rick O’Connell. Na koniec mamy szczyptę mitologii i nawiązanie do znanych legend, między innymi tych i Królu Arturze. Tak dobrze zmiksowanych gatunków, które dodatkowo zostały świetnie wyważone, nie było w żadnym filmie od DC.

Ogromny plus tego obrazu to oderwanie go trochę od dotychczasowych wydarzeń, które poznaliśmy podczas seansu między innymi „Justice League”. Dzięki temu nawet osoba nieznająca poprzednich filmów nie pogubi się w wątkach. Fabuła Aquamana skierowana jest przede wszystkim na przybliżeniu widzom tej właśnie postaci, jej losów oraz wydarzeń z przeszłości, które ukierunkowały tego bohatera. Poznamy też jego arcywroga, genezę jego narodzin, oraz motywacje nim kierujące.

To nie maiło prawa niewyjść

Wspomniane pomieszanie różnych motywów pozwoliło na rozwinięcie skrzydeł tej historii. Jak wiadomo space opera to bardzo specyficzny gatunek i ze współczesnych filmów najbliżej niej jest „Guardian of the galaxy”. Musi tutaj być bowiem twardziel, którego mamy w postaci Artura, czyli Aquaman, jest piękna kobieta, mamy nie jednego, ale dwa czarne charaktery, jest tu miejsce na walkę, wystrzały (tak są tutaj wystrzały), na potyczki słowne, które przeważnie kończą się dowcipną puentą. W space operze powinien być konflikt międzygalaktyczny lub przynajmniej między planetarny, tak jest i tutaj no i nie brakuje tu elementów baśniowych i fantasy. Wierzenia Atlantów przeplatają się z mitologią i nawiązują do współczesnych legend. Perełka.

Całości dopełnia genialna ścieżka dźwiękowa, za którą odpowiada Rupert Gregson-Williams, którą docenią wielbiciele syntezatorów i retro dźwięków. Chociaż nie brakuje tutaj smyczków, instrumentów dętych i bębnów, to jednak w wielu momentach dostaniemy niesamowitą porcję elektroniki. Scena, w której oprowadzani jesteśmy po Atlantydzie jest tego najlepszym przykładem. Trochę tutaj malowania dźwiękami i obrazem, jakie pamiętam z „Blade Runnera”. Przesłuchajcie kawałek “Arthur” oraz „Kingdom of Atlantis”.

Dodam też, że w całym filmie jest kilka naprawdę genialnych kadrów i świetnie wyreżyserowanych scen. Jedna z nich to pościg na Sycylii, a druga to moment, gdy Aquaman wskoczy z flarami do oceanu. Będziecie bardzo dobrze wiedzieć, o który kadr mi chodziło. No i jeszcze jedna z początkowych scen, która ma miejsce w pubie. A zresztą zobaczycie pewnie sami.

Trzeba pamiętać, że poza głównym bohaterem mamy tutaj też postacie z drugiego planu. Świetnie jest znów zobaczyć na ekranie Dolpha Lundgrena, czy też Willema Defoe, który przecież już dawno temu pojawił się w innym Universum, gdzie był Goblinem. Teraz jego postać nie jest tak demoniczna. Widać też, że Wanowi chyba dobrze współpracowało się dotychczas z Wilsonem, bowiem pojawia się on tutaj jako King Orm. Całość po prostu gra i pasuje. Te wszystkie drobiazgi i trybiki do siebie pasują.

Pomimo mojego zachwytu są tutaj także braki, które nie powodują, że film ogląda się źle, ale rażą one w oczy. Przede wszystkim mamy tutaj niedociągnięcia niektórych efektów. Z jednej strony przepiękne miasto Atlantów, a z drugiej tak tragicznie animowana peleryna króla Orma podczas ostatniego pojedynku. Takich drobiazgów jest więcej i aż dziwne, że przy takich budżetach można sobie na coś takiego pozwolić.

„Aquaman” wyszedł obronną ręką. Nawiązanie do kina i komiksów lat 80 i 90, wrzucenie syntezatorów do ścieżki dźwiękowej, pomieszanie wielu gatunków i puszczanie oczka do widza na każdym kroku sprawia, że naprawdę dobrze się ten film ogląda pomimo tego, że trwa ponad dwie godziny.

Na koniec dwie rzeczy. Zobaczcie, jaka książka leży na stoliku w salonie latarnika oraz pamiętajcie, że po napisach jest scena, co w filach DC nie zawsze miało miejsce.

Tagi: Aquaman – recenzja, filmy recenzja, recenzje filmów, marudzenie, blog popkulturowy, blog marudzenie, blog recenzencki