ONA:

„Pani z przedszkola” jest filmem, który obejrzałam dopiero teraz, przy okazji Festiwalu „Kino na Granicy” i tylko i wyłącznie dlatego, że przeczytałam recenzję jednego z moich ulubionych krytyków, którzy się na niego wyrzygał. A tu się okazuje, że to bardzo fajne dzieło, które przede wszystkim bawi. A to, że jest nieco nieskładne, to zupełnie się nie liczy. 

Są po czterdziestce. Wydawać by się mogło, że w takim wieku życie powinno być poukładane. Mają mieszkanie, mają syna. I to właśnie ten syn jest naszym narratorem, którego poznajemy gdy jest już dorosły, siedzi na kozetce u specjalisty i próbuje poskromić swój przedwczesny wytrysk. Bo jak się okazuje – pewne urazy, drzemiące w tym dojrzałym facecie, sięgają w przeszłość, gdy był rozkosznym berbeciem. Dziwne kontakty z rodzicami, który koniec końców się rozeszli, wypadek matki, apetyczna przedszkolanka – wszystko to odbiło się na małym Krzysiu, który po czasie, już jako dorosły Krzysztof, próbuje się zeskrobać z tego całego popaprania.

„Pani z przedszkola” miała być żałosnym gniotem, a okazała się świetną komedią, taką w starym, polskim stylu, ze dobrymi dialogami, które wpadają w ucho. Dawne czasy zostały genialnie „odrestaurowane” i pokazane. Stary magnetofon, stare samochody, meble, obowiązkowe rajtuzki, wciągane na każdego dzieciaka, dopóty ten nie zaczął protestować. Owszem, było to bardzo przerysowane, ale czasami się to sprawdza. Ja należę do osób, które zwracają uwagę na szeroko rozumianą scenografię i tu moje zmysły były wyjątkowo dobrze pieszczone. A co się działo na pierwszym planie? Ano dużo dobrego. W tym filmie mamy 3 prawdziwe petardy: Adama Woronowicza w roli taty, Agatę Kuleszę w roli mamy i Krystynę Jandę w roli babci. Łukasz Similat i Karolina Gruszka musieli ustąpić tej trójce, ale oni również nie mają tu słabych kreacji. Woronowicz jest typowym facetem z kryzysem wieku średniego, który obsesyjnie kocha latawce. Agata Kulesza to najpiękniejsza polska aktorka. Bez dwóch zdań. Jest naturalna, bije z niej radość, a aktorsko to mamy wyżyny. Podobnie zresztą w przypadku Jandy. Similat gra głosem, bo tak naprawdę, poza kilkoma scenami niewiele go tu jest. A Gruszka to po prostu śliczna, pociągająca dziewczyna – taką miała rolę i zagrała ją bardzo dobrze.

Co ciekawe, mimo, że ja na ogół nie potrafię odczytać metafor w filmie, taki umysł, nic nie poradzę, to tu mi się udało. Jest ich w tym dziele sporo i są one bardzo mądre i ponadczasowe. Ale nie odrobię za Was zadania domowego – sami wpadnijcie na to. A przy okazji zobaczycie bardzo fajną komedię, na której cieszyński teatr rechotał ze śmiechu.

ON:

Moje rude pyszczysko zawitało dziś do starego cieszyńskiego teatru, w którym spotykały się dwie ery: ta pełna artystów na scenie i ta przepełniona ruchomymi obrazkami. Wśród wąskich przejść pomiędzy fotelami przeciskali się kolejni widzowie, którzy chcieli obejrzeć „Panią z przedszkola”.

Klimat, jaki towarzyszył pokazowi był naprawdę niesamowity.

O tym filmie przeczytałem tylko jedną recenzję, należała ona do Tomasza Raczka i nie była do końca przychylna. Na seans szedłem wiec z pewną niepewnością. Całe szczęście film okazał się całkiem śmieszna opowiastką bez większego sensu, ale potrafił on dostarczyć wystarczającą dawkę rozrywki i humoru, aby rozśmieszyć kinową salę. Na dodatek rozśmieszyć wszystkich udało się nie raz. Największym problemem tego dzieła jest jego niedokończenie. Film ma kilka wątków i duża część z nich zawisła w powietrzu. Plusem są za to fenomenalne skecze nabijające się z Polski naszych rodziców i babć, która to była swoistym oparem absurdu.

Film zaczyna się od wizyty u psychoterapeuty. Na kozetce leży trzydziestokilkuletni mężczyzna, z zawodu literat, prozaik, który ma problem z przedwczesnym wytryskiem. Na pomoc może mu podobno przyjść tylko wizyta i starszego jegomościa, który bierze 300 zeta za jedną wizytę. Pisarz zaczyna opowiadać lekarzowi o swoim problemie, ale aby dojść do początków choroby należy cofnąć się pamięcią do czasów PRL-u. Poznamy jego mamę i tatę, nietypowe małżeństwo, które kieruje się swoimi dziwnymi zasadami, poznajemy babcię (genialna rola Jandy) oraz tytułową panią  przedszkola. Młodą, gorącą, pełną uczuć kobietę, której orientacja seksualna skierowana jest bardziej ku kobietom, niż mężczyznom. Leżący na sofie narrator opowiada, jak widział ich dom rodzinny gdy miał lat trzy, później osiem, a następnie gdy szedł już na studia. W każdym etapie jego życia pojawiają się sytuacje abstrakcyjne, pozytywne, a czasem także bzdurne. Wszystkie jednak mają ogromny wpływ na jego współczesne życie, które z jednej strony wydaje się być idealne, a z drugiej zniszczone jest przedwczesnym wytryskiem. Może i by nie było z tym problemu, gdyby nie to, że pisarz się zakochał, a to jak wiadomo potrafi iść w parze z seksem, w którym przedwczesne wytryski nie są wskazane.

„Pani z przedszkola” jest filmem sympatycznym, nie za długim, nie za krótkim. Czasami trochę za bardo gubi własne wątki, by później ponownie je odnaleźć, ale w całym tym bałaganie jest jakaś logika i dobra dawka absurdalnego humoru.