Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Heist

ON:

Czasami natrafiamy na filmy, które są bardzo przeciętne, a ich oglądanie nie wiąże się z jakimiś wybitnymi emocjami. Niby podoba się nam fabuła i gra aktorska, ale po seansie bardzo szybko o nich zapominamy. Jednym z takich dzieł jest „Heist” w reżyserii Scotta Manna. Niby to dzieło przemyślane, ale z ogromnymi brakami, których nie obronią nawet dwa całkiem niezłe twisty. Nie mogę zaprzeczyć, że dobrze bawiłem się podczas seansu, ale gdy już emocje opadły – zdałem sobie sprawę z tego, jak miałkie to kino.

„Heist” to kino gangsterskie, ale inne, niż znane nam filmy o włoskich mafiozach, którzy wykańczali się z pasją. Tutaj mowa o współczesnych mobsterach, trzymających się swoich zasad, którzy trzęsą całą okolicą i nie zważają na innych. Takim kolesiem jest Frank Pope (De Niro). Od wieli lat prowadzi ogromne kasyno, które przynosi górę kasy. Pieniądze uderzają mu jednak do głowy, co raz mniej liczy się z ludźmi i nawet ich najmniejsze przewinienia są srogo karane. Nie mówiąc już o kradzieży jego kasy. Gdy kradniesz od Pope’a możesz uciec tylko w jedno miejsce – do grobu. Prawą ręką Franka jest czarnoskóry, pozbawiony wszelkich skrupułów Derrick Prince, który nie przejmuje się niczym. Każde zadanie wykonuje bez zająknięcia, niezależnie, co musi zrobić.

Pewnego dnia do Franka przychodzi Vaughn, koleś, którego córka ma raka i czeka na bardzo kosztowną operację. Mężczyzna prosi właściciela kasyna o pożyczkę, o 300 tysięcy dolarów, które mogą uratować życie córki. Niestety, odpowiedź jest odmowna, a krupier będący w potrzebie traci pracę. Los jednak chce, że na jego drodze staje Cox, jeden z pracowników kasyna, który chce obrobić skarbiec. Przygotowany na szybko plan ma szansę się udać. Wszystko idzie jak po maśle, aż do pewnego momentu, kiedy uciekająca ekipa włamywaczy musi wsiąść do miejskiego autobusu. W tej chwili zaczyna się współczesna wersja „Speed”.

Kurcze, założenie było niezłe, pomysł i wykonanie nie są tragiczne, ale temu dziełu czegoś brak. Co to takiego? Ciężko powiedzieć. Po prostu wszystko jest nijakie i chociaż otrzymujemy dość dużą porcję akcji, to jest ona niezbyt satysfakcjonująca. Szkoda. Film na jeden raz.

ONA:

„Heist” to film, który podobał mi się i nie podobał mi się. Hej, jestem kobietą – mogę wszystko, a jak to się wyklucza, to zawsze mogę winę zrzucić na hormony. Zacznę więc może od tego, dlaczego mi się nie podobał. Cóż, trudno nie czuć zawodu, gdy tak fajni aktorzy, tak charakterna fabuła zostaje pokazana w dość mętny sposób. Dużo tu dziwnych dziur i spłyceń, dużo niepotrzebnych wątków, nie mówiąc już o ckliwości. Ojciec, który robi wszystko dla swojej chorej córki to już wystarczający poziom. Poza tym, wszystkie zabiegi, które pokazane zostały w tej produkcji, przypominają miks różnego rodzaju filmów akcji z ostatnich 30 lat. Tak jakby twórcy chcieli zrobić dzieło, które ma je wszystkie w sobie. Są strzelanki, pościgi – a jakże – autobusem, jest odważna policjantka, jest ktoś, kto pociąga za wszystkie sznurki, dużo też tu mordobicia, zawirowanych emocji i niby ma być to wszystko skonstruowane tak, że na z każdą kolejną chwilą będzie nam wykręcało mózg przez zaskoczenia, a tymczasem – to się zupełnie nie dzieje.

Ale plusów kilka też jest. Najlepszym, największym i najcudowniejszym jest oczywiście Robert De Niro, który w rolach skurwieli jest the best. Sporym zaskoczeniem dla mnie był Jeffrey Dean Morgan, który zagrał zoranego życiem faceta. Spoko, umie lać po mordzie, umie strzelać i robić rozpiździel, ale nie jest to taki typowy twardziel. Tu gra główne skrzypce determinacja i przerażenie, że coś może pójść nie tak, a wtedy zacznie się prawdziwy dramat. Bo wiecie, ten film to bardziej dramat niż sensacja…

Także kto co lubi. Dało się obejrzeć, ale niestety – poziom z każdą sceną spadał, a upchnięte na siłę „zwroty” akcji okazały się skrajnie przewidywalne.