ONA:

Zawsze w okolicach świat bierzemy się z Dejwem za „sagi”, czyli najprościej mówiąc – kilka części przygód tych samych bohaterów. Tradycję tę zaczęły filmy z Harrym Potterem, w kawałku (i we właściwej kolejności) obejrzeliśmy też Gwiezdne Wojny. Był też czas na przygody Indiany Jonesa, a w tym roku wahaliśmy się pomiędzy trzeba seriami. Chodził nam po głowie „Jurassic Park”, szczególnie, że ja tylko pierwszą część widziałam. Były też w planie „Too fast, too furious”, bo z tego co kojarzę, też tylko jeden epizod widziałam. Ale konkurencja musiała ustąpić produkcjom, które wprost uwielbiamy i to od lat. Na te święta wybraliśmy trylogię „Back to the future” – jedne z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały, które są po mistrzowsku opowiedziane i zapętlone, a ponadto arcyciekawe i naprawdę śmieszne!

Marty McFly (Michael J. Fox) jest takim chłopkiem-roztropkiem. Ale to, co go odróżnia od przeciętnego rówieśnika, to wyjątkowa przyjaźń ze zwariowanym naukowcem, doktorem Emmettem Brownem (Christopher Lloyd), który marzy o czymś wielkim, czymś ponadczasowym, czego jeszcze nikt nie dokonał. I udaje się mu to. Doktorek tworzy wehikuł czasu, za pomocą którego Marty przenosi się w przeszłość, do roku 1955. Szybka analiza w pamięci: czy w tym roku zdarzyło się coś wyjątkowego? Ano co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze – młodszy o 30 lat Emmett wpadł na pomysł jak przenosić się w czasie, a po drugie – w tym roku rodzice Marty’ego się poznali i zakochali. I o ile profesorek faktycznie po zderzeniu z umywalką krzyknie „Eureka!”, tak sprawa przyszłych państwa McFly stoi pod znakiem zapytania. Dlaczego? Bo Lorraine Baines (Lea Thomson) zadurzyła się po uszy w Martym, który teraz nie dość, że musi „odkochać” w sobie swoją matkę, to jeszcze pchnąć ją w ramiona George’a, pokracznego chłopaczka, który kiedyś będzie jego ojcem. Jeśli tego nie zrobi, zaburzy kontinuum czasowe i tym samym zniknie na zawsze…

Szczerze? Nie potrafię znaleźć w tym filmie ani jednej wady. Nic. Jest stworzony perfekcyjnie i wszystko w nim jest odpowiednio wyważone. Jest rewelacyjnie zagrany. Duet Fox i Lloyd jest dowodem na to, że między aktorami, którzy grają w razem, musi być chemia i sympatia, bo wtedy wszystko to, co dostają widzowie, jest bardziej autentyczne. Fabuła? Mistrzostwo świata! Powiązanie wątków w tej części, z wątkami w pozostałych dwóch jest sensowne i nie wymaga jakiś ogromnych analiz. Po prostu tu wszystko się styka. Dodatkowo każdy z epizodów naszpikowany jest taką ilością smaczków i ciekawostek, że podczas kolejnych seansów ciągle odkrywamy coś nowego. No i najlepsze – ten film został zrealizowany w połowie lat 80. ubiegłego wieku, a nie postarzał się ani o dekadę. Oglądanie „Back to the future” to autentyczna przyjemność obcowania z perfekcyjnie zrealizowanym pomysłem na film.

ON:

Dziś rozpoczniemy sentymentalną podróż do przyszłości. Postanowiliśmy z Pauliną rozprawić się z klasykiem, który widzieliśmy po raz kolejny i który za każdym razem smakuje jak szklanka dobrego wina. Mający prawie 30 lat film nie zestarzał się ani odrobinę, a to już klasa. Taka sztuka udaje się tylko nielicznym produkcjom.

Każdego roku kolejni fani kupują kolejne kopie tego filmu lub też całej trylogii. Do tej pory dzieło zarobiło ponad 380 milionów dolarów na całym świecie. Dlaczego? Bo takiego kina się już dziś nie robi. To stara szkoła, bazująca na pomyśle i historii, a nie na efektach specjalnych. W latach 80-tych ubiegłego stulecia, gdy oglądałem „Powrót do przyszłości”, to zbierałem szczękę z podłogi, teraz nadal śmieje się ze starych dowcipów i dialogów, a dzieje się tak dlatego, że film ten nie ma złych momentów. Poza tym to dzieło dwóch aktorów, do których przyczepiłem etykietkę i pewnie zrobili to także inni widzowie. Michael J. Fox na zawsze pozostanie Martym McFly, a Christopher Lloyd nigdy nie przestanie być doktorem Emmettem Brownem.

Wszystko zaczyna się w 1985 roku, kiedy to młody Marty McFly odwiedza garaż, a zarazem laboratorium profesora i dziwaka Dr Emmetta Browna. Nie zastaje go na miejscu, ale chwilę po jego wejściu profesorek dzwoni na telefon stacjonarny i prosi chłopaka, by ten spotkał się z nim o pierwszej w nocy pod centrum handlowym. Chłopak wstawia się na miejsce i tam dowiaduje się, że Emmett wynalazł wehikuł czasu. Na skutek pewnych wydarzeń związanych z Libańczykami doktor zostaje zastrzelony, a młodzieniec, uciekając wehikułem, przenosi się w lata 50-te ubiegłego stulecia. Na początku nie wierzy w to, co się wydarzyło, ale chwilę później ma pewność, że to nie sen. Postanawia więc odnaleźć młodszego o 30 lat doktora i namówić go na pomoc w podróży powrotnej.

Kurcze, czego tutaj nie ma? Są śmieszne dialogi i sytuacje wynikające z różnicy doświadczeń pomiędzy Martym, a żyjącymi w ówczesnych czasach mieszkańcami. Do tego dochodzą głupkowate sytuacje, genialny, pseudonaukowy bełkot profesora itd. Najważniejsze, że wszystkich tych rzeczy jest w sam raz. Właśnie idealny balans pomiędzy elementami powoduje, że po tylu latach nadal świetnie się ogląda tą trylogię.

Jeśli ktoś z Was nie miał jeszcze okazji obejrzeć tego dzieła, to powinien nadgonić tą produkcję. To kino, które może zobaczyć każdy niezależnie od wieku i preferencji kinowych. Dodatkowo wiedzcie, że „Powrót do przyszłości” bije na głowę ogromną ilość współczesnych produkcji familijnych.