The Immortal Life of Henrietta Lacks - recenzja1

Oprah Winfrey dostanie w ciągu najbliższych lat Oscara. Serio. Czuję to w trzewiach. Jeszcze nie wiem, czy za talent, czy za wybór ról, czy za cokolwiek innego, ale hej, skoro Reese Whiterspoon ma, to Oprah nie dostanie? Dostanie.

The Immortal Life of Henrietta Lacks – recenzja

To tak tytułem wstępu, bo po prostu chcę być jedną z pierwszych, która to napisze.

Obejrzałam „Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks” i przepadłam, bo ta historia jest przepiękna. Henrietty Lacks do historii przeszła jako HeLa. Tak właśnie nazwano wyjątkowe komórki, które produkowała Afroamerykanka i które do dziś są dla medycyny istnym cudem.

Henrietta zachorowała na raka szyjki macicy i zmarła. Lekarz pobrał z jej ciała komórki guza, które zostały rozmnożone i które do dziś służą nauce. To jej zawdzięczamy „opanowanie”, a raczej rozpracowanie wielu chorób. I to jest dla mnie dowód na życie po śmierci – dużo bardziej „przyjemny” dla mnie, niż wiara w niebo.

Film George’a C. Wolfe’a opowiada o Lacks z nieco innej perspektywy. Tak naprawdę głównymi bohaterkami jest córka – Deborah (O. Winfrey) oraz pisarka, która chce stworzyć biografię tej wyjątkowej dla nauki i medycyny kobiety – Rebecca Skloot (Rose Byrne). Film to nic innego, jak przeplatające się ze sobą wątki z historii i współczesne, które pokazują nam drogę bohaterek i właścicielki niezwykłych genów. Przy okazji mamy tu ciekawy obraz kulturowo-społeczny ze Stanów z lat 50. i 60. Trochę twórcy pozwalają nam polizać naukę, ale tylko trochę. Generalnie polecam doczytać, by lepiej zgłębić się w historię komórek HeLa, które zostały… skradzione!

Film jest świetny. Bardzo lubię, gdy na duży albo i mały ekran przenosi się fascynujące i turbo ciekawe historie oparte na faktach, bo – co powtarzam od miliona lat – najlepsze historie, to te z życia.

Tagi: The Immortal Life of Henrietta Lacks – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów