Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Creed

ON:

Scenariusza filmu „Creed” nie napisał Sylvester Stallone, a jednak film ten okazuje się powrotem do korzeni, ukłonem w stronę legendy i hołdem oddanym serii. Fantastycznie opowiedziana historia nie tylko ukazuje nam starych bohaterów, ale wprowadza nową krew – młody sportowy element, który jest pewnym porywem świeżości. Nie można zapomnieć, że „Creed” to także obraz o sporcie, o dążeniu do celu, o podejmowaniu decyzji, które mają wpływ na całe nasze życie.

Syn Apollo Creeda spędził większość swoich szczenięcych lat w poprawczaku. Tam nauczył się co znaczy szkoła życia, tam też po raz pierwszy posłużył się swoimi pięściami. Nauczony tym, że przez życie należy się przebić, przerąbać sobie drogę własnymi rękami – nie chce zawdzięczać nic nikomu. Jednak los się zmienia, pewnego dnia pojawia się osoba, która chce podać mu rękę, a co najważniejsze – znała jego ojca.

Adonis Johnson, bo tak zwie się młodzieniec, dorósł, rzucił pracę biurową i postanowił spróbowac swoich sił na ringu. Pierwsze kroki skierował na meksykańskie areny, na nie do końca legalne walki, które pozwoliły zarobić kilka dolców i poczuć smak sukcesu. To wygrane zmotywowały go do tego, aby poszukać Rocky’ego Balboa – przyjaciel jego ojca i znanego boksera, który karierę pięściarza ma już za sobą. Gdy dochodzi do ich spotkania, to jest tu trochę jak w filmach kung-fu. Stary mistrz nie chce uczyć młodego adepta, bo ma ku temu swoje powody. Dopiero gdy młody wydepcze sobie jego zaufanie – zaczyna się prawdziwa praca. Gdy do wiadomości publicznej zostaje dostarczona informacja, że Adonis jest synem nieżyjącego, wielkiego pięściarza, to momentalnie pojawia się propozycja meczy przeciwko Ricky’emu Conalowi, twardzielowi, który dzierży pas mistrza. To właśnie Rocky musi przygotować Adonisa do tej walki.

Opowieść ta nie dzieje się tylko na ringu, a może inaczej ring to nasze życie. Rocky musi wygrać z chorobą, Adonis ze swoimi słabościami, a jego dziewczyna z tym, co się dzieje między nimi. Każda bitwa rozgrywana jest przy wsparciu bliskich im osób – dzięki temu wiemy, że z każdej potyczki można wyjść cało, a przegrana nie musi oznaczać prawdziwej porażki

Rocky powrócił po 40 latach od swojej pierwszej bitwy, pojawia się na ekranie i chociaż już nie boksuje, to nadal jest świetną postacią. „Creed” to smaczek dla fanów tejże serii.

ONA:

Okej, rozumiem – Rocky Balboa dla chłopców, którzy urodzili się gdzieś w okolicach lat 70 ubiegłego wieku, jest symbolem. I teraz mają oni trochę więcej lat, ale nadal kwiczą z radości, gdy widzą młodego Sylvestra Stalone’a, któremu jeszcze wtedy twarz nie spływała, który był szczupły, charakterny… Gdy wbiegają po schodach słyszą TĘ piosenkę. I ze łzami w oczach wspominają każdą walkę…

– Widziałaś już „Creeda?” – pytali mnie kumple. No nie, nie widziałam… „Beczałem…” – panowie, co do cholery jest z Wami?!

Kolejny film. Ileż można? Ile jeszcze będą wałkować tego biednego Rocky’ego? Kiedy ten format się skończy? Czy naprawdę Stalone musi umrzeć, żeby już tego kotleta nikt nie odgrzewał?

No i wreszcie poszłam i obejrzałam.
Beczałam srogo.

„Creed” jest cholernie dobry. Wzrusza, bierze pod włos, wali z piąchy po bebechach. Jest cholernie dobry, poważnie. I pieprzyć sceny walk… Ważne w nim jest to wszystko, co się dzieje… Mam wrażenie, że od czasu pierwszego „Rocky’ego” w tym „formacie” działo się wiele – raz lepiej, raz gorzej, ale Ryan Coogler wyrównał poziom pierwszej części.

Świetnie zagrany, dynamiczny, dający do myślenia. Z wielkim szacunkiem do dawnych części – do legendy Balboa.

Ten film mówi o tym, jak cholernie ważnym elementem życia jest druga osoba. Ta właściwa. Ta, która wyciągnie rękę, pomoże wstać, kopnie na rozpęd. Da nadzieję. Da opiekę. Da szczęście. Ta, przy której możesz beczeć oglądając kolejny film z pięściarzem z Filadelfii.