ONA:

Obejrzeliśmy ten film przez przypadek. Miała być „Tożsamość” z Liamem Neesonem, a była „Tożsamość” z Johnem Cusackiem. I jak wypadło? Obie produkcje są thrillerami. Różni je wszystko, od roku powstania (8 lat różnicy), przez obsadę i twórców, po fabułę. Jedyną rzeczą, która je łączy, to taki sam tytuł, ale wyłącznie w wersji polskiej i dzięki temu, dokopałam się do tego dzieła. Absolutnie nie żałuję, bowiem każda minuta filmu Jamesa Mangolda mnie zachwycała… Dynamizm, wodzenie za nos, i psucie głowy zagrywkami psychologicznymi to tylko podstawa. Dołóżmy do tego fajną obsadę i tajemnicę – to nie może się nie podobać!

Na skutek różnego rodzaju „zbiegów okoliczności” pomieszanych z solidną dawką pecha, w jednym miejscu znajduje się 10 osób. Tragiczna pogoda, wypadek samochodowy, odcięcie od świata itd. To musi być w tego typu filmach, nie ma przebacz. Ed (John Cusack) jest szoferem z tajemnicą. Kiedy cały koszmar się zaczyna, akurat ma przewieź rozkapryszoną gwiazdę do kolejnego miejsca. Niestety, nie udaje to się. Mamy również tu trzyosobową rodzinkę, dziewczynę, która chce zacząć od nowa, świeżo upieczone małżeństwo i gliniarza, który eskortuje skazańca. Cała ekipa zatrzymuje się w motelu. Nie wszystkim uda się go opuścić. Pierwszy trup pada bardzo szybko. A potem kolejny, i kolejny. W końcu pozostali przy życiu zauważają pewne prawidłowości: każda następna ofiara ma przy sobie klucz, z numerkiem: 10, 9, 8, 7… i tak dalej. Mordercza wyliczanka ruszyła. Czy uda im się odkryć kto i dlaczego morduje?

Uwielbiam takie kino. Uwielbiam, gdy twórcy ze mną igrają, psując mi głowę kolejnymi zmianami taktyki. I gdy już jestem pewna, że rozpracowałam całą fabułę, oni fundują mi totalne zbicie z tropu. Niech i to wszystko będzie zlepkiem typowych dla tego gatunku trywializmów, ale jak podane są one w sposób fajny, inny i paradoksalnie zaskakujący – to mi się podoba. Wyobraźcie sobie scenę w której pada kolejny trup. Gdzieś nagle wyskakuje pierwsza osoba, która odnajduje zwłoki, a ja przed monitorem zaczynam dochodzenie. Już mi się wydaje, że niczym Sherlock wyłapałam wszystkie detale, które zdradzają kto zabija, bo „Tożsamość” właśnie tak jest skonstruowana, nagle JEB i wszystko się sypie. No nic, muszę na nowo tropić…

Jestem tą produkcją zachwycona. Psychologiczna zagrywka, która na nas czeka, jest genialna. Jest i strasznie (podskoczyłam kilka razy) i można momentami parsknąć ze śmiechu. Film ma sympatyczną obsadę (Cusack, Ray Liotta, Amanda Peet), która świetnie odnalazła się w fabule. „Tożsamość” jest też mega klimatyczna (pustkowie, deszcz, noc, rozpadający się motel itd.), a zło czai się po kątach. W pewnym momencie z lodówki wypada trup…

Polecam bardzo. Fani tego typu kina nie będą zawiedzeni.

ON:

„Tożsamość” ma dziesięć lat i pomimo swojego wieku jest jednym z tych filmów, które przetrwały próbę czasu. Mroczny klimat, gęsta atmosfera i coś jeszcze powodują, że przymykamy oko na błędy i niedopowiedzenia, jakie pojawiają się w tym dziele, a trzeba przyznać, że trochę ich znajdziemy.

Dziesięciu obcych sobie osób ląduje w małym motelu gdzieś w Nevadzie. Mamy gwiazdę estrady i jej szofera (byłego glinę), jest policjant eskortujący więźnia, rodzina z dzieciakiem, prostytutka i jeszcze kilka innych barwnych postaci. Każda z nich zmierzało w swoim, sobie tylko znanym kierunku. Niestety, okropne warunki pogodowe zmuszają wszystkich do zatrzymania się w przydrożnym zajeździe. Jest to miejsce typowe, znane z amerykańskich filmów: brudne, zapuszczone i śmierdzące. Dlaczego wszyscy lądują akurat tutaj? Ponieważ z nieba woda leje się strumieniami, a droga międzystanowa w pewnym miejscu po prostu się urywa.

Zaczyna się nocne spotkanie nieznajomych. Różnice charakterów, zagrożenie, dziwna atmosfera, ranna jedna z osób – to wszystko powoduje, że wszyscy patrzą na siebie bardzo nieufnie. Docinki, niedopowiedzenia to w tej chwili chleb powszedni. Nie można się jednak dać zwariować. Po prostu każdy jest zmęczony i ponoszą go emocje, a okoliczności nie są sprzyjające.

Możliwe, że dziesiątka przybyszów spokojnie przetrwałaby noc, ale nie będzie im jednak dane bowiem gdzieś z ciemności nadejdzie śmierć, która zacznie zabierać po kolei kolejnych mieszkańców. Pierwsza umrze celebrytka, a później… Nie będę wam odbierał zabawy w typowanie, kto będzie kolejną ofiarą. Warto dodać, że koło każdego z ciał znajduje się klucz z numerkiem pokoju. Jak to bywa w takich sytuacjach – zaczyna się totalna psychoza. Jeśli wcześniej nikt nikomu nie ufał, to teraz mamy do czynienia z paranoją.

Cała opowieść nie jest tym, czym się wydaje i twórcy dość długo kpią sobie z widza i jego domniemań – Kto?, Co? Jak? Pod koniec zaczynamy składać w całość tą pokręconą układankę. Myślę jednak, że sama końcówka psuje efekt, ale można wybaczyć tę wpadkę twórcom.

„Tożsamość” to tak naprawdę wspomniany przeze mnie klimat. Naprawdę można wczuć się zaszczute osoby, szczególnie że duża część historii dzieje się w ciasnych pokojach motelu oraz na zalanym deszczem parkingu. No i najważniejsze, nikt nie jest tym za kogo się podaje. Myślę, że warto poświęcić 90 minut na seans.