ONA:
„The Little Death” to film o miłości, o seksie, o relacjach między ludźmi. To wyjątkowe, bardzo pozytywne dzieło, które warte jest uwagi, bo może i dać do myślenia, i zainspirować, i zabawić. Ma tylko jeden problem: polski tytuł. Jest on tak godny pożałowania, że aż się odechciewa pójść do kina, no chyba, że jest się rozhisteryzowaną nastolatką, bądź facetem, który nie ma pomysłu na co zabrać swoją partnerkę do kina. Ale niech będzie. Jeśli zobaczycie, że w Waszym ulubionym kinie grają jeszcze „To właśnie seks”, to nie wahajcie się. To fajne dzieło warte uwagi.
Mamy kilka par. Chcąc „ożywić” swoje życie seksualne, wprowadzają do sypialni nieco pikanterii. Jednej kobiecie marzy się gwałt. Ponoć to typowe. Inną parę ich terapeuta próbuje rozkręcić przy pomocy przebieranek i odgrywania ról. Mamy tu też fetyszystkę, która odkryła, że kręci ja gdy jej mężczyzna płacze i kolejnego mężczyznę, który tkwi w związku z wyjątkowo wredną babą. Gdzieś tam po sąsiedzku zamieszkał inny pan, skazany za przestępstwa seksualne, ale prawdziwa petarda czeka na końcu, kiedy to poznajemy śliczną dziewczynę, mówiącą językiem migowym. Wszystkie te wątki są ze sobą subtelnie połączone, ale to nie jest istotne, tu ważna jest treść sama w sobie, a wieńczącym wszystko elementem jest seks. Seks wyuzdany, pikantny, prokreacyjny, seks „dla poratowania” zdrowia, seks niebezpieczny, nawet wirtualny. Seks i wszystkie jego przywary.
Idiotą jest ten, który twierdzi, że sferę fizyczną w związku można bagatelizować, ignorować, wmawiając sobie, że ważniejsze są wspólne zainteresowania, zaufanie, podobne podejście do życia. Josh Lawson bardzo mocno kpi z takiego podejścia, a w swoim filmie pokazuje, że ta metaforyczna „mała śmierć” może być czymś, co pielęgnuje związek, scala go, użyźnia, co zbliża do siebie dwoje ludzi, dzięki czemu chcą oni ze sobą rozmawiać, chcą razem pracować, spędzać czas, ufać sobie.
Każdy kolejny wątek nieco hiperbolizując pokazuje dany „problem/zagadnienie/zadanie”, z którym bohaterowie próbują sobie poradzić. Jedne są na wyższym, inne na nieco gorszym poziomie, ale ten ostatni, to prawdziwa petarda, na którą warto czekać. Film jest świetny! Połączenie bardzo „obyczajowego” problemu z komediowymi wątkami spłyca go nieco, ale przez to daje do myślenia. To dzieło dobre jak seks. Nieważne czy w pojedynkę, czy w parze, czy nawet w grupie.
ON:
Sex jest tematem tabu. W wielu polskich domach ręce trzyma się na kołderce, jeśli w TV pojawią się piersi, trzeba zamknąć oczy, a wychowanie seksualne w szkołach powinno być zakazane. Moja babcia zawsze mówiła – “Najwięcej na temat bzykanka mają do powiedzenia stare baby, które za młodu zachowywały się jak kurwy, a na starość zrobiły się z nich dewoty”. Patrząc na to, kto w mediach publicznych oponuje za tym, aby ukręcić łeb edukacji seksualnej – coś w tym musi być. Uważam, że brak odpowiednich informacji, brak wychowania doprowadza do sytuacji patologicznych, takich jak ciąże w wieku 12 lat. O seksie można przecież opowiedzieć w sposób sensowny i przyzwoity, a jest to lepsze niż edukacja zdobywana od kolegów o koleżanek, często brudna i wulgarna.
Jak zwykle w Polsce dystrybutor porwał się na tłumaczenie i z oryginalnego „The Little Death”, co w slangu oznacza “orgazm”, otrzymujemy „To właśnie seks”. Szkoda. Nie oznacza to, że przez to będziemy źle odbierali to dzieło.
Film ten, to zbiór kilku opowieści, a każda wiąże się z seksem, jego przeżywaniem, podnietami, małymi dewiacjami itd. Pomimo tego, że mamy do czynienia z różnymi osobami i historyjkami, całość zgrabnie łączy się ze sobą, a postacie z jednego epizodu pojawiają się w innym. Na początku każdego dzieła mamy wytłumaczenie pojęcia, o którym będzie nowelka. Trzeba przyznać, że są one różne. Mamy opowiastkę o kobiecie, która marzy o tym, by jej facet ją zgwałcił. Jest nowela o Rowenie, która stara się wraz z ukochanym o dziecko. Problemem jest, że kobieta nie może zajść w ciąże, a na dodatek nie ma orgazmów. Okazuje się, że cholernie podniecają ją łzy partnera. Gdy facet płacze, to ona dochodzi jak na zawołanie. Zaczyna opowiadać więc coraz to bardziej zmyślone historie, które mają doprowadzić faceta do łez. Epizodów jest kilka, ale moim faworytem jest ostatni, o głuchoniemym kolesiu, który dziwni na sextelefon, a ponieważ nie może usłyszeć tego, co mówi pani po drugiej stronie potrzebny mu jest tłumaczka. W ten oto sposób dostajemy przezabawny odcinek, który pod koniec potrafi nawet złapać za serce. Naprawdę świetna robota.
Można by przypuszczać, że „To właśnie seks” czerpie swoje inspiracje z klasyki, czyli z „Everything you alway wanted to know about sex” Woody’ego Allena. Ta teoria jest mylna, bo poza epizodyczną budową mówimy o dwóch zupełnie różnych dziełach. Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z całkiem zgrabnie przygotowanym i zagranym filmem, który potrafi rozbawić.
Dlaczego więc nie pozwolić młodzieży czasem obejrzeć coś innego? Może zamiast 50 letniej pani od „Życia w rodzinie”, lepiej po prostu puścić im sensowny film? Prawdą przecież jest, że 14-letnie dzieciaki przeważnie mają więcej seksu, niż ta biedna pani po 5o-tce, której jedyny sex jest wtedy, gdy „jebie ją w krzyżu”. Może więc czas na małe zmiany?
