In Security

ONA:

Zdobycie pracy w dzisiejszych czasach z jednej strony jest bardzo proste i czasami naprawdę wystarczy zmiana punktu widzenia, a z drugiej – praca to nadal wartość, ale nie dla wszystkich. Cały czas powtarzam, że mam szczęście, bo nigdy nie musiałam na pracę czekać i właściwie za każdym razem to ona przychodziła do mnie. Ale nie wszyscy mieli taką szansę.

Ludzka kreatywność, szczególnie przyparta do muru, nie zna granic. W takim tragicznym położeniu znaleźli się Kevin i Bruce. Panowie są przyjaciółmi, którzy postanowili poprowadzić razem firmę, zajmującą się instalowaniem systemów alarmowych. Tylko niestety, panowie działają w bardzo bezpiecznej okolicy i nikomu nie przychodzi nawet na myśl, żeby w ten sposób zabezpieczyć dom. Co więc należy zrobić? Ano trzeba stworzyć zapotrzebowanie na usługę. W tym celu rozpoczynają tournée po domach, które najprościej mówiąc – rabują. Oczywiście, po czasie zaczyna wynikać z tego mnóstwo kłopotów, bo panowie niestety, kradną rzeczy z posiadłości jakiegoś szemranego zwyrola, ale zanim to nastąpi – ich firma zacznie przeżywać prawdziwy renesans. W końcu bezpieczną okolicę jakieś typy bezczelnie plądrują, zatem „who you gonna call?”.

No nie powiem – czułam się sympatycznie połechtana, bowiem mimo to, że ta komedia tępa jest totalnie, można kilka razy brechnąć zdrowym śmiechem. Jest w niej dużo sarkazmu i cynizmu, a to moje ulubione wyznaczniki w tym gatunku. Nie spodziewajcie się jakiegoś spektakularnego pomysłu, bo wszystko, co było śmieszne w tym filmie, było też śmieszne w kilku innych, ale pod wieczorne odmóżdżenie, gdy już naprawdę nie ma nic ciekawszego do roboty, gdy spać się nie chce, na seks jest za ciepło, gdy cała energia, jaką macie, zużywana jest na oddychanie i mruganie powiekami – ten film może siąść całkiem nieźle.

„Włamywacze do usług” to przedstawiciel gatunku, w który powinni wejść rodzimi twórcy komedii. Jest lekko, nie ma ciągle tych samych, oklepanych pysków, historia bawi, ale nie męczy, a całość prezentuje się po prostu – w bardzo poprawny sposób. Ode mnie to tyle na dziś, bowiem stopił mi się mózg, a organizm domaga się uzupełniania elektrolitów w postaci drinków z malibu.

ON:

Co może być lepszego od wieczoru spędzonego w towarzystwie lepszej połowy i wilka? Wieczór z wilkiem, lepszą połową i dobrą komedią. Niestety, „dobra komedia” rozminęła się z naszymi oczekiwaniami. Myślę, że pomiędzy tym, co uznajemy za taki film, a dziełem, które przyszło nam obejrzeć, była około 100 kilometrowa przepaść. Dziś już na początku wpisu mogę Wam powiedzieć, że „In Security” spokojnie możecie sobie odpuścić. To rodzaj kina, które omija kinowe sale i dość szybko ląduje w budżetowej serii DVD.

Historia, jaka pojawia się w filmie, przedstawiona jest z punktu widzenia Kevina, barmana, który przysłuchuje się opowieściom zza szynkwasu. Wiadomo goście, jak popiją lubią fantazjować, ale no także ma swoje story do opowiedzenia. Zaczyna się dość niewinnie…

Kevin i Bruce mają firmę sprzedającą alarmy. Zajmują się takżę ochroną oraz zabezpieczeniami. Pech jest taki, że mieszkają w bardzo spokojnym miasteczku, co za tym idzie – ludzie czują się bezpiecznie i nie mają zamiaru wydawać kasy na poprawę bezpieczeństwa. Przez to ich sytuacja finansowa nie jest zbyt kolorowa. Bruce jakoś daje radę, jest samotny i ma wyjebane na cały świat. Wolny czas spędza z nastoletnim kumplem od sieciowego napierdzielania na Xboxie. Kevin nie ma tyle szczęścia. Jest w stałym związku, co za tym idzie finanse rozlicza się inaczej. Jego dziewczyna, Lena, pracuje przy kilku zleceniach, aby wiązać koniec z końcem. Wpadki jej faceta są jednak dla niej dość męczące i niewiele trzeba, aby przepełnić szalę goryczy.

Pewnego dnia Bruce wpada na szalony pomysł. Kumple obrobią mieszkanie bogatego klienta i w ten sposób przekonają go do kupienia ubezpieczenia. Tak oto zaczyna się dobra passa. Pierwszy sprzedany pakiet pociąga za sobą kolejne i kolejne. Wszystko dlatego, że panowie „pomagają” przyszłym klientom podjąć decyzję zakupową. Oczywiście, takie zbiegi okoliczności nie przechodzą bez echa. W sklepie pojawia się policjant, który zadaje kilka niewygodnych pytań, ale nie pociąga to za sobą większych konsekwencji. Wszytko pewnie rozeszłoby się po kościach, ale pewnego dnia panowie okradają o jeden dom za dużo. Poza sprzętem wysokiej klasy, zgarniają torbę z ponad 100 tysiącami dolarów. O taką kasę zawsze upomni się właściciel.

„In Security” cierpi na jedną chorobę: brak dobrych i śmiesznych skeczy. Nie spowoduje on, że będziemy się tarzać ze śmiechu na dywanie, nie spowoduje, że będziemy się po prostu śmiać. To jedna z tych komedii, która śmieszna nie jest, co za tym idzie automatycznie usuwa ją z tej kategorii filmowej. Tak jak pisałem na początku: spokojnie możecie sobie odpuścić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad