Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Premonition

ONA:

Sandra Bullock to jedna z moich ulubionych aktorek. Niezależnie, czy gra w komedii, czy gdy wchodzi w rolę bardziej dramatyczną – jest postacie są autentyczne i niezbyt oczywiste. Jej kariera nabrała tempa 2 dekady temu, kiedy to wystąpiła w „Speed: Niebezpieczna prędkość”. Potem był czas „Ja cię kocham, a ty śpisz” gdzie była uroczo nieogarniętą romantyczką, w „Totalnej magii” czarowała, a w „Miss Agent” próbowała powstrzymać atak terrorystyczny. Moją ulubioną komedią z Bullock w roli głównej jest „Narzeczony mimo woli”, gdzie wcieliła się w rolę najgorszej szefowej świata. A rok temu była na ustach wszystkich z powodu „Grawitacji”, w której zagrała wręcz brawurowo. Ma na koncie wiele nagród, w tym tą najważniejszą. Nie jest aktorką, o której mówi się w kontekście typowym dla szmatławców – ona bardzo skrupulatnie kieruje swoją karierą i idzie jej to rewelacyjnie. I za każdym razem, kiedy sięgam po film z nią – mam pewność, że będzie on fajny. Niezależnie, czy to komedia, czy inny gatunek. Oczywiście, zdecydowanie wolę, kiedy jest śmiesznie, jak choćby w „Gorącym towarze”, ale w filmie, o którym dziś napiszemy – też dała radę.

Dzieło to podchodzi pod dramatyczno-thrillerowo-psychologiczne coś, gdzie tak naprawdę nic nie jest oczywiste. Zatem mamy rodzinę Hansonów: Linda (S. Bullock) i Jim (Julian McMahon) są szczęśliwym małżeństwem, mieszkającym w pięknym domu z dwiema córkami. Nic nie zwiastowało tragedii. Pewnego typowego dnia on poszedł do pracy, a ona odwiozła dziewczynki do szkoły. Rutynowy poranek w przeciętnej rodzinie – nic więcej. Wracając do domu Linda odsłuchała wiadomość od męża na sekretarce – dziwna, lakoniczna, nie wiadomo czego dotyczyła. Jim zapewniał ją o swoich uczuciach i przerwał, bo miał drugi telefon. Tyle. Zanim kobieta próbowała poukładać to sobie wszystko w całość, zadzwonił dzwonek do drzwi – widok policjanta ze poważną i smutną miną nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. Oficer informuje ją, że owdowiała – Jim zginął pod kołami ogromnej ciężarówki… Kobieta nie wierzy w to co słyszy. Przecież przed chwilą słyszała go na sekretarce!!! Ale to prawa, jej mąż nie żyje… Zdruzgotana musi powiedzieć o tym córkom… I wszystko byłoby „normalne”, nawet w takiej sytuacji, gdyby nie to, że następnego poranka Linda w swojej kuchni widzi nikogo innego, jak ślubnego. Jak gdyby nigdy nic, jakby wczorajszego dnia zupełnie nie było… A po kolejnym dniu znowu wraca do żałoby, pogrzebu itp. Po drodze dzieje się jeszcze wiele dziwnych sytuacji, wiele dziwnych osób spotyka na swojej drodze, ale te dwa światy ciągle się jej przeplatają. Linda za wszelką cenę próbuje poskładać części tej układanki, licząc, że przede wszystkim uda się jej uratować męża, który swoją drogą wcale taki fajny nie był. Wyciąga więc wielki arkusz papieru, robi tabelę, na którą nanosi to, co już „przeżyła”. W jednym dniu zostaje luka. To dzień zero…

Szczerze powiedziawszy myślałam, że to będzie inny film – że po śmierci męża kobieta będzie starała się za wszelką cenę rozwiązać tajemnicę dlaczego nagle zginął, co to był za telefon i skąd ta lakoniczna wiadomość na sekretarce. A tu taki szok! W pewnym momencie byłam już tak pogubiona w fabule, że dobrze, że była ta scena z robieniem tabelki z poszczególnymi wydarzeniami, bo bym poległa totalnie! Fabuła jest mega zamotana i co lepsze – mam wrażenie, że to zabieg celowy, mający a zadanie zbudowanie nie tylko napięcia, ale i poczucia skołowania, który towarzyszył głównej bohaterce. Jeśli pod tym kątem będziemy rozpatrywać to dzieło, to trzeba przyznać, że reżyser Mennan Yapo i scenarzysta Bill Kelly dali radę. Oczywiście, gra Sandry jest genialna – jest przerażona, skołowana i coraz bardziej zatracająca się we swoim własnym obłędzie. Minus? Słabe wyjaśnienie całej sprawy i jeszcze jeden – dla finału, który był jedną z dwóch opcji. Albo się uda, albo nie. Nie każdy jest w stanie uciec przez przeznaczeniem…

„Przeczucie” intryguje i wymaga skupienia podczas seansu. Poskakana, poszatkowana wręcz fabuła budzi w nas samych wrażenie, że to wszystko nam się wydaje. Do tego dołóżmy bardzo fajną muzykę, która świetnie oddaje klimat i tadam – mamy świetny film, który mimo kilku uchybień, zasługuje na polecanie.

ON:

W ramach świątecznego kina wpadło nam do czytnika „Przeczucie” z Sandrą Bullock. Film ten ma już kilka dobrych lat, ale nie było do tej pory okazji, aby go opisać. O dziwo wysoka ocena w sieci nie pokazuje jakie naprawdę jest to dzieło. Obraz w reżyserii Mannana Yapo jest po prostu nudny. Świetnie zapowiadający się scenariusz Billa Kelly’ego po jakiś 30 minutach się wypala, a kolejne cząstki prawdy są tak bezsensowne, że pod koniec filmu zdajemy sobie sprawę z tego, że tak naprawdę ktoś ma nas za idiotów.

Wszystko zaczyna się pięknym rodzinnym obrazkiem. On i ona kochają się tak bardzo, że kupują dom i zakładają rodzinę. Mija kilka lat, pojawiają się dwie dziewczynki, które chodzą już do szkoły, ale szczęście nie trwa wiecznie. Sielanka się kończy. Dnia pewnego do domu przyjeżdża szeryf i informuje, iż on miał wypadek i zginął na miejscu. Od tej chwili jej życie przeradza się w koszmar. Początek jest trudny, bowiem ciężko poradzić sobie ze stratą bliskiej osoby, a jeszcze ciężej wytłumaczyć to kilkuletniemu dziecku. Po wyczerpującym dniu pełnym bólu i łez, młoda wdowa postanawia się położyć. Gdy budzi się rano z przerażeniem stwierdza, że jej ukochany żyje i ma się całkiem dobrze. Kolejnego dnia jest już na pogrzebie, a jej histeria doprowadza do nieprzyjemnego incydentu z trumną. Tak przeplatają się kolejne dni. Podczas nich dzieją się rzeczy dziwne i nie do końca zrozumiałe. Jeszcze gorsze jest to, że młoda matka nie wszystkie z nich pamięta. Dziwne obrazy i przeczucia mieszają się z teraźniejszością i domowymi problemami. Całość jest zagmatwana, ale dość łatwa do strawienia, pomimo tego, że znajdziemy tu trochę „Efektu motyla” oraz „Donniego Darko”. Mniej na pewno tu mistycyzmu, a zakończenie zupełnie nie powala i nie zaskakuje. Okazuje się, że po prostu mamy 90 minutowy zlepek kolejnych scen z życia owdowiałej kobiety, starającej się ułożyć sobie życie po stracie męża.

Widziałem filmy lepsze i gorsze od tego. Jednak tutaj moje oczekiwania były chyba zbyt wygórowane. Thriller z tego filmu jest żaden, raczej dramat i to także słabiutki. Po 90 minutach spędzonych przed telewizorem powiecie sobie, że lepiej było stracić ten czas w inny, bardziej pożyteczny sposób. I racja, gdyż „Przeczucie” nie rzuca na kolana.