ONA:

Książka „Troje”, zanim jeszcze pojawiła się w moich dłoniach, sprawiła, że miałam gęsią skórkę aż po szyję. Dlaczego? Otóż pewnego dnia do domu przyjechał kurier z tajemniczą przesyłką. Nikt do nikogo o nic nie pisał, nikt się nie kontaktował, a tu takie coś… Czarna koperta, a w środku fragment pierwszego rozdziału. Pożarłam go. Pożarłam go absolutnie. Zapragnęłam mieć tę powieść jak najszybciej. I w końcu przyszła. Cała czarna, z czarnymi brzegami stron – bardziej przypominała pudełko, niż książkę. A na okładce trzy czerwone smugi… Autorka „Troje”, Sarah Lotz, pisze książki i scenariusze filmowe. I mimo, że nie czytałam, ani nie widziałam do tej pory niczego, co wyszło spod jej pióra, mam wrażenie, że jak niewielu innych twórców potrafi tak pokierować wyobraźnią czytelnika, że zacznie ona buzować, kipieć, a słowa zaczną zlewać się w filmową całość, którą niczym projektor wyświetla nasz umysł. „Troje” to powieść, która wizualizuje w sposób wręcz nierealny i mówię to ja – osoba, która ma z tym ogromny problem. Nie przytrafiło mi się to zbyt wiele razy wcześniej, że czytając coś miałam przed oczami ludzi, wydarzenia, czułam strach i wiele innych emocji. „Troje” wsysa i musicie mieć pełną świadomość tego, że ciężko będzie się od tej pozycji oderwać.

Pierwsze wyrazy, pierwsze zdania, pierwsze strony. Jeszcze wtedy macie wrażenie, że to będzie jedna z wielu powieści sensacyjnych, które należą do grona „dziwnych”, „innych”. Poznajemy Pam, Amerykankę, która znajduje się właśnie na pokładzie samolotu. Mówią, że samoloty to najbezpieczniejsze środki transportu i że statystycznie więcej wypadków dzieje się na drodze, niż w powietrzu. Tylko czemu każdy, kto wchodzi na pokład, w pewnym momencie czuje dreszcze, a jego umysł zalewa chwilowe zawahanie, podczas gdy do auta jesteśmy przywiązani powoli jak do członka rodziny? Wróćmy jednak do Pam. Za pomocą słów autorki wchodzimy w myśli kobiety, które krążą wokół lotu. Czemu nie zrobiła siku? O, miły chłopiec pomógł jej z elektroniką. Właściwie cały ten lot ją przerósł. Wznoszenie, eh, mdłości. Właściwie dlaczego wyjechała tak daleko? Przecież nawet nie lubi kuchni chińskiej. W Ameryce nie ma dzieci, którymi można się opiekować? Samolot wyrównuje lot. Lampki gasną, a więc pasy można odpiąć i spróbować uspokoić myśli. No i zrobić siku. I wtedy nagle rozlega się głośny huk. I kolejny. A potem słychać już tylko krzyki… Jeśli do tej pory w głowie naszej bohaterki odbywała się istna kanonada myśli, tak teraz jest już jednym wielkim wybuchem Supernovej. Bo właściwie nad czym możesz się zastanawiać, kiedy powoli dochodzi do Ciebie, że głos: „Przygotować się na uderzenie” oznacza, że za chwilę najprawdopodobniej zginiesz…

„Są tutaj. Ja… Nie pozwólcie Snookie jeść czekoladek, dla psów to zabójstwo, choć pewnie będzie bardzo prosić.
Chłopiec. Chłopiec obserwujcie chłopca obserwujcie martwych.
Idą po mnie.
Wszyscy niedługo odejdziemy. Wszyscy.
Żegnaj Joanie piękna torebka żegnaj.
Pastorze Len niech pan ich ostrzeże że chłopiec
że nie wolno go…”

Ostatnie słowa Pameli May Donald (1961-2012)

12 stycznia 2012 roku przeszedł do historii jako Czarny Czwartek. W ciągu zaledwie kilku godzin cztery samoloty gruchnęły na ziemię, co spowodowało, że śmierć poniosło ponad tysiąc osób. Cztery kataklizmy. Cztery maszyny, w czterech różnych regionach świata. Troje ocalałych. Troje ocalałych – tylko dzieci.

Pierwsze strony, które dostałam w tej tajemniczej czarnej kopercie, sprawiły, że miałam wrażenie, że będzie to po prostu powieść. A tu guzik. To owszem, jest jakaś tam historia, ale zebrana ona jest w coś, co mi bardziej przypomina raport, plik z dokumentami, wnikliwe analizy tragedii, niż ot – taką zwykłą opowieść o katastrofach. Mamy wrażenie, że ktoś spędził wiele godzin, dni i właściwie miesięcy, by nam – czytelnikom, podać w sposób holistyczny, absolutnie wnikliwy ten problem. Są zapiski, rozmowy, wywiady. Są artykuły, czasami bardzo skrupulatne, a czasami totalnie odrealnione. Są bliscy, przyjaciele i osoby, które dla swoich własnych przekonań postanowiły uczynić te tragedie chwytem marketingowym, dopasowanym pod swoje potrzeby. Są tacy, którzy mówią, że to bardzo nieszczęśliwy splot wypadków. Ale są i tacy, którzy widzą w tym metafizykę, początek końca, apokalipsę, przed którą może uchronić tylko wiara. „Wybuchnie moda na fastfoodowe nawrócenia” – jak czytam w powieści.

„Troje” to naprawę niezły kawał historii, która opowiedziana jest z zachowaniem wszelkich przywar, które pasują do ludzi. Rozsądek miesza się z rozemocjonowaniem i tą pierwotną potrzebą wiary „w cokolwiek”, nawet, jeśli miałoby nam to tylko poukładać „nieco” w głowie i zrzucić na „coś” odpowiedzialność.To nie musi być bóg w jakiejkolwiek formie. To może być absolut, los, fortuna.

Sarah Lotz napisała kawał rewelacyjnej powieści, którą warto przeczytać.