Kiedy stałam na tym pieprzonym, dorosłym rozdrożu, kiedy to wypadałoby podjąć jakąś decyzję, którą drogę wybrać, kiedy zda się już maturę, w głowie kotłowały mi się trzy pomysły. Myślałam o psychologii, bo to wtedy było szalenie modne. Mogłabym wybrać później specjalizację seksuologię i stać się naczelnym fachowcem w tej dziedzinie, coś jak Lew Starowicz, tylko bez zwierzęcia w imieniu. Miałam też wizję, że zostanę nauczycielką języka polskiego, ale polonistka powinna lubić rodzimych klasyków, a ja – szczególnie romantyków – uważam za bandę niedorajdów, którzy we współczesnych czasach chodziliby w rurasach, z makijażem, mieli smutne fotoblogi i jęczeliby na cały świat. Koniec końców zostałam przy jakieś tam formie „nauczycielstwa”, ale miałam to szczęście, że sama kreuję moją zawodową rzeczywistość. Ale całe życie marzyłam, ba – marzę nadal, o czymś zupełnie innym. Zawsze chciałam projektować wnętrza domów. Na szczęście, to jak w przypadku pracy grafika, filmowca, dziennikarza czy aktora – liczą się najpierw umiejętności, a dyplom może być co najwyżej dodatkiem. Nie przyznam się do tego, ale kiedyś miałam zeszyt, do którego wklejałam „projekty” i pomysły, a teraz mam taki folder z różnego rodzaju inspiracjami. To, poza fotografią, filamami i książkami, moje największe hobby, które daje mi strasznie przyjemne poczucie radości, które wypływa wprost z bebeszków. To chyba te motylki… 

Kiedy nagle, niezależnie od pory dnia lub nocy, zaczynam krążyć po mieszkaniu z taśmą do mierzenia, wiedz, że coś się dzieje. Potem zwykle uderzam do dowolnie wybranego marketu budowlano-wykończeniowego i tylko to, że nie do końca potrafię obsłużyć wiertarkę, powstrzymuje mnie od tego, by poprzestawiać ściany. Oczywiście, nie ma czegoś takiego jak „Zrobimy to w weekend”. To ma być teraz, zaraz, już, natychmiast. I nawet nie chcecie wiedzieć jakie katorgii przeżywam teraz, kiedy mam już kupione meble do kuchni, ba – mam już nawet sztućce, szklanki, gary – a pomieszczenie nadal przypomina plac budowy. W domu roznosi się zapach świeżo położonego tynku, a kurz i pył są wszędzie – tak, nawet TAM! Moja cierpliwość poddana jest niemożliwie ciężkiej próbie. I próbuję sobie wmówić, że długie czekanie zostanie już niebawem nagrodzone. Dlaczego o tym piszę akurat dziś? Bo uwielbiam, ukochuję totalnie książki, albumy i różnego rodzaju inne wydawnictwa, które związane są z dekoracją wnętrz. Blogi, strony internetowe to jedno, ale dla takich „book junkie” jak ja, książka to książka. Niedawno w ręce wpadł mi album wyjątkowy, pieknie wydany i ze zdjęciami, które inspirują. Piszę te słowa akurat w takim momencie, kiedy potrzebuję owych wzmocnień. Remont w mieszkaniu rozkręcił się na dobre, jeśli kilka dni temu narzekałam na ogrom kurzu i pyłu, to w porównaniu z tym, co jest teraz – to jakaś kpina, a tu nadal ani widu, ani słychu gładkich ścian. Siedzę u rodziców w kuchni – marudna kuchnia nadal jest w stanie totalnego rozpierdolu. Nawet nie usiadłam przy stole. Położyłam lapa na blacie i klepię. Z jednej strony mam krajalnicę, z drugiej album Indii Mahadavi „Paryski szyk w twoim domu. Stylowe wnętrza”. Bo dziś, moi drodzy, najpierw o samym ilustrowanej książce z ogromem pomysłów, a potem – trochę zabawy.

Zacznijmy od samej autorki. India Mahdavi jest architektem, której stylowe wnętrza zna cały świat dekoratorów i projektantów. Wielokrotnie nagradzana za swoje pomysły, w 2008 roku znalazła się w 100 najbardziej wpływowych twórców wystroju wnętrz. Jeśli chcecie poznać jej „dzieła”, to wygooglujcie sobie wystrój reatauracji w londyńskim hotelu Connaught, paryskiego bistro Chez Germaine oraz kolejnej restauracji – Thoumieux.  Razem z Soline Delos, która na codzień pisuje dla „Elle Decoration”, powiły kolejną odsłonę marki „Paryski szyk”.

Zacznijmy od podstaw: to album, bardzo bogato ilustrowany, który dla fana wnętrzarskiej tematyki będzie nielada gratką. Jeśli zaczynasz i chcesz stworzyć wnętrza swojego domu lub mieszkania w sposób niebanalny, ta pozycja powinna być wyjściową. Mahadavi uczy nas jak najbardziej cierpliwa nauczycielka co robić, a czego nie. Motywuje nas do zdecydowanych, ale przemyślanych działań, czasem może na pierwszy rzut szalonych, ale to wszystko ma sens. Zaczynamy od podstaw: otwórz swoje cztery kąty, wywal niepotrzebne drzwi, podwieszane sufity, rozsądnie rozmieść kaloryfery. A potem pozostaje zabawa z kolorami, fakturami, materiałami. Ten album ma w sobie walory estetyczne, ale i techniczne. Autorki bez mrugnięcia okiem wypisują podstawowe błędy i sposoby ich niwelowania. Uczą jak nawet z małych przestrzeni, uczynić stylowe, gustowne i zachwycające miejsca. I to zupełnie bez zadęcia – wiedzą, że nie każdego stać na meble pod wymiar, stworzone przez artystę, który z kawałka drewna wyczaruje coś genialnego. Nie. One polecają Ikeę albo inne „markety” i sieciówki. Każdemu miejscu poświęcają należytą uwagę i przekonują czytelników, że nawet na najmniejszej przestrzeni można wyczarować garderobę, o której marzymy wszyscy. Poznajemy techniki powiększania miejsc, dzielenia ich na strefy, uczymy się gdzie i jak stosować kolory stonowane, a gdzie poszaleć do granic przyzwoitości. Poznajemy techniki wyciągania maksimum z czterech ścian, które nazywamy domem. Bo stworzenie idealnego mieszkania to proces ciągły – zupełnie jak budowanie związku. Jeśli w którymś momencie powie się „już nic więcej nie potrzeba”, wtedy pojawia się najgorsza rzecz ever – nuda.

Jeśli, tak jak ja, jesteście na etapie tworzenia swoich czterech kątów – „Paryski szyk w twoim domu” okaże się świetnym przewodnikiem. Jeśli szukacie inspiracji – również. A jeśli chcecie, by wpadł Wam egzemplarz w ręce – zapraszamy do rozdania na naszym fanpejdżu.